23 marca 2015

Udało się? Paradokumnet znów w natarciu.../Mockingbird – Bryan Bertino /2014

I znów musiałam zadać sobie fundamentalne pytanie: czy to co przed chwilą oglądałam było horrorem? Mam wrażenie, że Mockingbird to raczej coś na kształt thrillera psychologicznego – a dokładniej: stalker movie. Bez względu jednak na to, z jakim gatunkiem miałam do czynienia, z całą pewnością mogę stwierdzić, że film został kiepsko zrealizowany. Niemała w tym zasługa nikłych funduszy. Nie jest to jednak żadne usprawiedliwienie - aktorstwo i nieudolny montaż, też zdziałały swoje. Za efekty specjalne robią tutaj czerwone balony i gość przebrany za klauna. Poza tym akcja została skąpana sowicie w strugach deszczu. Wbrew temu jednak, jak na obrazie Bryana Bertino wiesza się psy, muszę stwierdzić, że wydźwięk całości wcale nie jest taki głupi. Jeśli skupimy się na jedynym, co w filmie jest „straszne”- i na co warto zwrócić uwagę - z przerażeniem dostrzeżemy potęgę skutecznej manipulacji. Obserwując z jaką łatwością   bohaterowie stają się marionetkami uświadamiamy sobie, że zareagowalibyśmy tak samo (?).  O tragedię więc nietrudno – gdy ten, kto nas wkręca i pociąga za sznurki nie ma żadnych hamulców moralnych.

Film zaczyna się mocnym akcentem – jest sporo krzyku i konkretny znak zapytania. Następnie na progach trzech domów pojawiają się kamery w ładnych, czerwonych, prezentowych pudełkach. Bohaterowie myślą, że wygrali je w jakimś konkursie i zabierają się bez zastanowienia za nagrywanie. Kamer nie da się jednak wyłączyć i – niestety - pojawiają się też następne „prezenty”. Sielanka kończy się bardzo szybko: nie tylko dla postaci - dla widza również. W piątej minucie filmu zostaje on skazany na wysłuchanie kretyńskiej dyskusji o darmowych niespodziankach. Rozmowa jest tak denna, że ma się ochotę przerwać oglądanie – ledwo się powstrzymałam. Ledwie również przetrwałam ciamkanie do przedmiotu: „Wygrałam cię? Skąd się wzięłaś?” i te maślane oczy… No cóż to są Stany, może tam nagród nie dostarcza się z pompą, albo chociażby kurierem. Europejczyk tego nie zrozumie. Środek filmu wypełnia masa chaotycznej akcji – podziękować możemy za to tragicznym ujęciom „z ręki”, czyli naszemu ukochanemu found footage. Zmanipulowani bohaterowie gnają z prędkością światła w ku konfrontacji. Zakończenie jest bardzo przewidywalne, mimo to mogło stanowić dobre zamknięcie całości, gdyby nie to, że postanowiono widzom zaprezentować prześladowców w pełnej krasie. Może reżyser decydując się na taki krok, chciał ukazać, jakieś kolejne dno? Skłonić nas do analizy? Niestety, położył i tak leżącą całość, bo nawet to, co było w filmie godne ocalenia utraciło wiarygodność. Informacja, kto za tym wszystkim stoi, powinna zdecydowanie pozostać tajemnicą.

Przemocy, jako takiej w tym horrorze nie ma. Film zapewne, gdyby był lepiej zmontowany i zagrany oddziaływałby na nasze emocje i wyobraźnię. Stałyby się wtedy ciekawym spojrzeniem na psychologiczne oblicza przemocy - od zastraszania po dawanie nadziei - ukazanej łagodnymi środkami. Akcja w założeniu powinna była skupiać się na zderzeniu widzów i ofiar z niebezpieczeństwem, bynajmniej nie podszytym wydarzeniami paranormalnymi, tylko będącym efektem skrzywienia psychicznego. Szkoda, ze fabuła nie została nastawiona bardziej na przedstawienie psychologi postaci. Zabrakło w niej skupienia uwagi na bohaterach, zastąpiono ją tanizną i efektami – gasnącego światła i męczącym, trzęsącym obrazem. W tym wypadku wykorzystanie techniki found footage stanowi gwóźdź do trumny. Obraz miał być  świadectwem eksperymentu, a stał się tylko filmem, który powinno puszczać się przyszłym reżyserom z adnotacją: Jak NIE ROBI się filmów.

Aktorstwo również nie powala. Zresztą trudno tutaj o jakimkolwiek mówić. Aktorzy najwyraźniej nie wiedzą, co mają mówić, jakby ich, bez żadnych wyjaśnień, wciśnięto na plan wprost z łapanki. Niby naturalnie zachowanie ma podkreślić wiarygodność stylizacji Mockingbird na amatorskie nagranie, zamiast jednak spełniać swoje zadane, - zwyczajnie drażni. Brak wyrazistych bohaterów (poza klaunem) sprawił, że przez jakiś czas w ogóle nie zauważyłam, że kamery zostały podrzucone do trzech, a nie dwóch domów.

Podsumowując: brak profesjonalnego aktorstwa, zerowe efekty specjalne, kiepski montaż – czyli ogólnie: niezbyt zachęcająco. Mockingbird nie ratuje nawet to, że mimo, iż składa się z mnóstwa niedociągnięć i nielogiczności, niesie z sobą osobliwy wydźwięk. Często potworem okazuje się bowiem ten, kto w naszej świadomości pozostaje symbolem niewinności. Bez wątpienia jednak powstało mnóstwo lepszych filmów wykorzystujących ten motyw. Jeżeli ktoś szanuje swój czas – odradzam, ten skąpany w deszczu i balonikach obraz.

P.S. Jeżeli ktoś ma pomysł dlaczego ów film ma tytuł Drozd (Mockingbird) - niech podzieli się pomysłem. Mnie obraz skutecznie zniechęcił do myślenia.

Kraj: USA
Rok: 2014
Reżyser: Bryan Bertino
Scenariusz: Bryan Bertino 

1 komentarz:

  1. To chyba jakaś trzeciorzędna produkcja. Zdecydowanie nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...