29 marca 2015

Hołd polski, czyli peany na cześć Kinga /Pokłosie – antologia/

Wydawnictwo Gmork przygotowało nie lada gratkę dla fanów Stephena Kinga. Już 30 marca ukaże się bowiem antologia opowiadań, będąca wyrazem podziwu dla twórczości Legendy z Maine. Na Pokłosie złożyło się w sumie: 5 piór, 7 opowiadań i 1 Wspaniały. Pomysł dotyczący kształtu, jaki ma przyjąć wyrażanie uwielbienia, jest naprawdę świetny. Bo czy istnieje większa forma uznania dla pisarza, niż stanie się inspiracją, rozbudzanie wyobraźni kolejnych twórców i pokoleń? Dotarcie praktycznie pod każdą „strzechę”?

Już sama okładka – autorstwa Darka Kocurka – przykuwa wzrok. To enigmatyczne zaproszenie do świata, w którym  spożyjemy dania w sosie z Króla. Kolejni autorzy stworzyli teksty zróżnicowane fabularnie, tematycznie, prezentując odmienne style. Każde dzieło jest autonomiczne. Nawiązania z którymi się w nich spotykamy są bardziej lub mniej oczywiste. Postanowiłam, że nie zdradzę, które opowiadanie nawiązuje do którego dzieła Kinga. Nie odbiorę wam przyjemności odkrywania. Obiecałam sobie, że będę twarda, ale wiadomo jak to jest. Co nieco mi się jednak wypsnęło, na szczęście na tyle minimalnie, że mam nadzieję, że nie zauważycie.

Na przystawkę otrzymaliśmy wstęp spisany przez naszego "polskiego Kinga", czyli - nomen omen – Stefana(!) Dardy. Gdy rozsmakujemy się w jego tekście, wciąż głodni, zachłannie zanurzamy się coraz głębiej, bo tam przecież czekają na nas same smakołyki...

I. Chyba – Marek Zychla 3/5
Na pobudzenie apetytu, delikatnie łaskoczącego nasze podniebienie dostajemy aperitif w postaci opowiadania Marka Zychla pt Chyba. Jak sam tytuł wskazuje opowiadanie te jest przesycone wątpliwościami. Ani bohaterka – Amy Gallagher - ani czytelnik, bardzo długo nie mogą z całkowitą odpowiedzialnością stwierdzić, że „mają pewność”. Świadomość bohaterki z jednej strony rwie się, jak przeleżała nić, a z drugiej trwa, jak zacięta płyta, zdolna powtarzać tylko jedną kombinację dźwięków – w nieskończoność. Ta dwoistość Amy, budzi zamęt w głowie czytelnika, który chce wszystko ułożyć i zracjonalizować. Zarazem fascynuje go sposób, w jaki ta postać, dzielnie szyje swoją codzienność z ułamków rzeczywistości, z kawałków nici i urwanych dźwięków. Z czasem następuje etapowe obnażanie postaci – powoli poznajemy główną bohaterkę, jej wyrzuty sumienia, wyparcie i sens ucieczki w kompulsywne zakupy. Zaczynamy rozumieć.
Najistotniejszym aspektem utworu Zychla, jest to, że udało mu się przykuć uwagę czytelnika tym, co w życiu bohaterki, a zarazem w opowiadaniu jest nieobecne. Skupił naszą uwagę na tej dziwnej pustce wokoło niej. Od początku czujemy, że to co nam pokazuje jest istotne. Naprawdę świetny zabieg.
Autor zderza nas z pograniczem światów, wyrzuca gdzieś na obrzeża myśli, tam gdzie zło, które zjada niewinność, zostawia po sobie trwały ślad.  Zychla zabrał nas w podróż po sprawach ostatecznych, bardziej ostatecznych niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. I w wyjaśnieniach tej ostateczności, czegoś mi zabrakło. Może lepiej było nie ruszać parawanu?

II. To nie TO! - Kacper Kotulak 5/5
Drugie opowiadanie zaczyna się z przytupem: bez ceregieli czytelnik zostaje rzucony w świat rodem z sennego koszmaru. Niby wita nas kolorowa maska klauna, jegomościa w za dużych butach, który rozdaje zwierzątka z baloników, ale nie dajemy się oszukać, przecież każdy wie, że klauny są złe. Początkowy nastrój grozy, niepokoju i oczekiwania na kolejne makabryczne zbrodnie ulega szybkiemu przetworzeniu. Autor przenosi ciężar utworu odwracając perspektywę. Kotulak pozwolił nam zgłębić myśli potwora, poznać jego motywacje i zasady rządzące jego światem. Gdy Adam Kowal napędzany złością postanawia, pomścić swojego brata, morderczy klaun z prześladowcy staje się ofiarą. Tekst ma w sobie ogromny ładunek humorystyczny, a jego wydźwięk jest słodko-gorzki: bo z jednej strony czas potworów już bezpowrotnie minął (nie potrafią się one odnaleźć we współczesności) i powinniśmy się z tego cieszyć, ale z drugiej jednak okazuje się, że jak każda fucha w naszym kraju – nawet bycie potworem - łatwa nie jest. Zawsze można zarobić kosą, albo kijem bejsbolowym, narazić się brutalnym dzieciakom, albo ruskim klownom z cyrku... Polskiemu Pennywisowi, czyli Rintincurry'emu, lekko nie jest.
Autor zgrabnie wykorzystuje narzędzie urywania wątku i enigmatycznej zapowiedzi dalszej akcji, podsycającej ciekawość czytelnika. Podobało mi się także puszczenie oczka do czytelnika: dwóch policjantów Jastrzębski i Orłowski – drapieżne ptaki o stępiałych nie tylko szponach ale i wzroku. Udało mu się także osiągnąć nieosiągalne  -  w pewnym momencie zaczynamy współczuć złu. Żal nam monstrum, które nie może wywiązywać się ze swoich obowiązków i postępować w zgodzie z własną naturą. Nie wydaje mi się jednak, że mimo całego pecha, jaki spotyka antybohatera, ktoś kto ma fobię na klauny, po lekturze nagle przestanie ja mieć. I całe szczęście.

III. Świniak – Juliusz Wojciechowicz 5/5
Niesamowicie intrygujący tytuł, spowodował, że zżerała mnie ciekawość: bo kim lub czym
jest tajemniczy ŚWINIAK? Szybko okazało się, że jednak nie osobą (więc czym??), bo w tekście zapisano go małą literą. Biorąc pod uwagę, że bohater – Lucek – na dzień dobry znajduje się w kiepskim położeniu: torturowany w piwnicy przez przyjaciela z dzieciństwa, zaczęłam snuć domysły o jakimś sennym koszmarze masarza. Ale to też nie było to...
Szybko porzuciłam dociekania, całkowicie wciągnięta w świat wykreowany przez Wojciechowicza. Co ciekawe w świat dwunastolatka z 1987 roku, gdy na podwórkach (rany! wychodziło się na podwórko!) królowały składaki i gumy Donald. Autor zręcznie – niczym sam King – zaprezentował nam wewnętrzny świat i problemy dziecięcego bohatera. Lucek i jego kat przenoszą się we wspomnieniach do dnia, w którym podczas jednej z chłopięcych wypraw utracili niewinność i tym samym dzieciństwo. Na wysypisku śmieci znaleźli wtedy właśnie TO, dar z Caritasu... Autor odkrywa przed nami kolejne karty z przeszłości bohaterów zrywające, jedna za drugą, zakłamane maski z twarzy rzeczywistości.
Koniec końców TO przybywa na odsiecz torturowanemu bohaterowi, wprawiając czytelnika w coraz większe osłupienie.

IV. Status quo – Paulina J. Król 3/5
Po emocjach, które zrodziły się w nas podczas lektury drugiego i trzeciego opowiadania należy nam się chwila odpoczynku. Senna i leniwa atmosfera opowiadania Pauliny Król doskonale wywiązała się ze swojej roli. Autorka przedstawiła nam historię o alternatywnym życiu, pełną wewnętrznych przemyśleń bohaterów, dokonywaniach przez nich rozliczeń, losów które przecinają się lub nigdy nie mają okazji nawet się do siebie zbliżyć. Rozumiem ideę i przekaz opowiadania,  doceniam subtelność  spiętych wątków, zabrakło mi jednak w treści pazura, czegoś, co przykułoby moją uwagę. Opowiadanie wydało mi się wręcz przydługie (swoją drogą najdłuższe w zbiorze). Koniec nieco  rekompensuje oczekiwanie, więc warto być wytrwałym i do niego dotrzeć.

V. Cierniowy dwór – Jarosław Turowski 5/5 
Cieszyłam się tym tekstem od pierwszych zdań. Turowski zaprezentował nam
opowiadanie doskonale wpisujące się w uniwersum Kinga: duszną atmosferą pełną niepokoju, klimatem grozy, „zwrotnością” akcji i końcowym zaskoczeniem. Stworzeni przez niego dziecięcy bohaterowie mają w sobie to wszystko, co mieć powinni: skłębione emocje, zadziorność i zagubienie. Mała Tracey nie ma lekkiego życia, postanawia więc uratować umierającą matkę i siebie uciekając od ojca pijaka. Od babci szkolnego przyjaciela, Chrisa - występującej niejako w roli czarownicy - otrzymuje atrybuty, dzięki którym przejmie władzę nad własnym życiem. Zanim do tego jednak dojdzie, podejmie karkołomną wyprawę, uwieńczoną krwią i ogniem, gdzieś tam w mrokach Cierniowego Dworu, gdzie stykają się ze sobą różne światy. Im dalej bohaterowie są od domu, tym większa otacza ich magia i tym bardziej upodabniają się do postaci z najlepszego - moim zdaniem – dzieła Kinga.

VI. Death metal – Kacper Kotulak 4/5
Kacper Kotulak powraca do nas z kolejnym tekstem. Jego Death metal, jest najkrótszym tekstem w antologii. Biorąc pod uwagę muzyczny epizod w karierze Stephana Kinga,  nie mogło zabraknąć tego motywu w zbiorze mu poświęconym. Tym razem gdzieś w Ameryce, pewien muzyk – Tommy - zakochuje się w diabolicznej gitarze wypatrzonej w lombardzie. Ta zdaje się odwzajemniać uczucie, gdyż wciąż na niego czeka: sprzedawana i odsprzedawana, niczym bumerang wciąż wraca na wystawę - z coraz to niższą ceną. Bohater dopina w końcu swego i kupuje wymarzony sprzęt. Okazuje się, że niektórych marzeń nie warto spełniać i nie zawsze jest wskazane, by instrument miał duszę. Ta konkretna gitara: kręci, bałamuci, manipuluje i wpędza bohatera w coraz większe tarapaty.
King ma niesamowity zmysł (umiejętność?) do odnajdywania grozy w przedmiotach pozornie niewinnych, niegroźnych. Nasi, polscy pisarze sprostali zadaniu i dali temu wyraz, tak w Świniaku, jak i w Death metalu.

VII. Fhabhtanna – Marek Zychla 4/5
Ostatnie słowo, należy do Marka Zychla. Opowiadanie zaczyna się wręcz bajkowo:
samotny Polak na emigracji, na przymusowym, bezpłatnym L4 - z pracy, której nienawidzi (i po co było wyjeżdżać – te same atrakcje mamy w kraju) - staje się nagle właścicielem ciapowatego dobermana. I wszystko byłoby normalne, gdyby nie fakt, że pies zna ludzką mowę.  Od momentu, gdy przemawia zaczyna się absurdalna jazda bez trzymanki. Fabuła tylko przez chwilę wydaje się brnąć w jakimś konkretnym kierunku i gdy tylko wydaje się nam, że wiemy już o co chodzi, nagle skręca zostawiając nas z ogromnym znakiem zapytania nad głową. Na szczęście bohater też nie za bardzo wie, o co chodzi, podąża jednak ze swoim dziwacznym dream teamem (ni psem ale psem, spanielem-smokiem i kumplem Kubą) w kierunku nieznanego, zakręconego - jak świński ogonek. Zakończenie zaskakuje – bądźcie więc czujni podczas lektury. Tytułowa pluskwa ma bowiem znaczenie, chociaż jej sens objawia się bardzo powoli.

***

Niedawno miałam okazję czytać książkę, w której autorka nadużywała słowa „patchwork”. Wszystko w jej świecie było „patchworkowe” - do znudzenia. Mimo przesytu nie potrafię myśleć o niniejszej antologii inaczej niż właśnie jak o patchworku, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przed sobą mam bowiem fantastyczną mozaikę motywów, kreacji i światów, które pozornie do siebie nie pasują, które – także pozornie – nic z sobą nie łączy. A jednak – jest punkt wspólny. Co ważniejsze taki z krwi i kości, który od wielu lat otwiera przed nami drzwi, furtki i bramy do kolejnych światów.

Nie interesuje mnie medialny szum, który narósł wokół tej książki, mieszanka zachwytu nad pomysłem i obawy o jego realizację: „Czy aby nie powstaną z tego nudne klony”. Skupiłam się na gotowym produkcie, dając się porwać do świata a'la Mistrz z Maine. I z całą stanowczością mogę powiedzieć, że obawy były niesłuszne. Co więcej: sądzę, że każdy znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie. Fan odnajdzie tutaj swojego idola, ukrytego w kolejnych słowach, znaczeniach i grach literackich. „Zwykły czytelnik” przeczyta kilka świetnych warsztatowo i ciekawych tematycznie opowiadań. Może zachęcony lekturą sięgnie nawet po twórczość Króla?

Myślę, że King byłby z takiego hołdu zadowolony. W końcu, jako wyraz swoistej adoracji dla jego twórczości powstała niezwykła mieszanka fascynujących opowieści, serwujących nam - trzeba to przyznać, solidną dawkę niebanalnych i wciągających historii. Nie ma więc na co czekać: tylko przetłumaczyć antologię i dostarczyć mu, najlepiej do rąk własnych.

Autor: antologia
Tytuł: Pokłosie
Wydawnictwo: Gmork
Rok wydania: 2015
Okładka: miękka
Ilość stron: 356
Cena: przedsprzedaż e-book 17,00 zł, wydanie papierowe + e-book 35,00zł 

4 komentarze:

  1. Fanką grozy nie jestem, ale sam tytuł jakoś przyciąga ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejna ciekawa pozycja od GMORK :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Paula Rzemińska30 marca 2015 05:19

    Nie mam pojęcia, czemu ludzie są zrażeni do zbiorów opowiadań, skoro powstają takie cudeńka jak powyższe "Pokłosie"
    http://chcecosznaczyc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...