20 lutego 2015

Wymiarem spełnienia jest... /Nie lubię kotów - Anna Zyskowska – Ignaciak/

To bardzo smutna historia. Trzeba mieć wiele odwagi, żeby opowiadać takie historie. Tego nikt nie lubi robić. Zawsze łatwiej jest powiedzieć, że cud zdarza się tylko raz, niż że nie zdarza się nigdy. /Agnieszka Osiecka/

Jak smutek, to tak bezbrzeżny, że tylko się powiesić, jak gniew, to ogłuszający wrzask, jak żal, to taki, że zgniecie i przydusi. Gdzie się podziały książki, w których słowa obdarzone były mocą wywoływania skrajnych emocji? Gdzie pisarze bezwzględni na tyle, by dokonywać na czytelniku wiwisekcji? Bez pardonu wpychający mu łapska w wypielęgnowane bebechy, w poszukiwaniu resztek zagubionego człowieczeństwa? Kolejni autorzy próbują zmierzyć się z pustką wyzierającą ze współczesnego człowieka, rozłożyć ją na atomy i znaleźć w niej, chociażby odrobinę sensu. Większości brakuje brutalności, w której manifestowałby się ów ludzki upadek, zapomnienie...Trafiają się jednak i tacy, którzy podejmują z czytelnikiem grę, grę wyświechtanym banałem, pozorną łagodnością, która staje się najboleśniejszym z wymierzonych policzków. Do takich pisarek należy Anna Zyskowska – Ignaciak, która punktuje codzienność warszawskiej elity. Na ich przykładzie pokazuje dokąd my - przesycone chceniem skorupy – zmierzamy. Bo nie ważne czy zarabiamy 15 000 zł czy 1500 zł miesięcznie, chorujemy na to samo, wyznajemy tego samego bożka niepohamowanej konsumpcji.

Bałam się tej powieści kobiecej. Mile się jednak zdziwiłam: to nie jest płaska historia o awanturach damsko-męskich wynikających z różnic poglądów na temat zmywania naczyń i porozrzucanych skarpetek. W powieści Nie lubię kotów królują bohaterowie w maskach, które tak mocno do nich przywarły, że sami nie pamiętają już, jak wyglądają ich prawdziwe twarze. Poprzez sześć osobnych, ale precyzyjne ze sobą powiązanych historii, autorka prezentuje nam sześć takich postaci. Wszystkie sprowadzają się do wspólnego mianownika: "nibyjactwa" naszych czasów. Alkohol, narkotyki, zdrady, ból, beznadzieja, smutek, niechciane dzieci, niedojrzałość emocjonalna, życie na łatwiznę i kariery po trupach, układają się w kompozycję daleką od nasączonych happy endami i romansowo-lekkimi motywami, polskich obyczajówek. Czytając odniosłam więc wrażenie, że tę książkę naprawdę napisało życie - bo znam każdego z bohaterów i cząstkę każdego z nich noszę w sobie... Pisarka okazała się doskonałą obserwatorką rzeczywistości - perfekcyjnie wbija bolesne igły, w oczy, serca i dusze czytelników.

Pani Anna podjęła się trudu sportretowania współczesnych "trzydzieści plus" - dzieci dobrobytu i stabilizacji - miałkich, wydrążonych i nijakich. Niestety głównie nijakich. Bohaterowie niby mają wszystko, ale "czegoś" im brakuje. W sumie to problem stary jak świat. Jakiejkolwiek książki z którejkolwiek epoki byśmy nie wzięli do rąk zobaczymy, że ludziom zawsze brakowało tajemniczego "czegoś". ". W tym konkretnym wypadku brakuje umiejętności budowania zdrowych relacji i przejrzyście zdefiniowanego szczęścia. Bohaterzy nie potrafią odpowiedzieć sobie na pytanie: co tak naprawdę byłoby w stanie ich uszczęśliwić, co dałoby im poczucie spełnienia. Nie potrafią również kochać, boją się własnych uczuć. Miłość traktują, jak chorobę, która ich osłabia, czyni podatnymi na zranienie i odsłania czułe punkty. Nie daj boże obnażyłaby ich prawdziwe twarze przed innymi! Reagują więc profilaktycznie, niczym rasowi Polacy na grypę. Zamiast jednak gnać do apteki po leki bez recepty – niszczą i uciekają. Wszystko czego się podejmują jest podszyte wyrachowaniem i zimna kalkulacją. Każdy z bohaterów zostaje doprowadzony przez pisarkę do punktu kulminacyjnego, w którym zaczyna mierzyć się z tym, co na razie osiągnął, co ma i ile to jest warte. Z otwartego zakończenia nie dowiemy się jednak, co z pozyskaną wiedzą uczyni, czy cokolwiek postanowi zmienić? Czy punkt kulminacyjny będzie zarazem punktem zwrotnym? Na to każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie z osobna, pierwszy raz od bardzo dawna, tak naprawdę przyglądając się sobie w lustrze.

I mimo, iż książka ta do lekkich lektur nie należy, mimo, że nasączona została emocjami, nie wywołuje aż takiej burzy, jakby mogła. A dlaczego? Ponieważ mimo pogłębionej psychologii postaci, autorka wykreowała kreatury na wskroś stereotypowe. I teraz pytanie: celowo? Jeśli tak, chylę czoła i czekam na pioruny. Podobnie ma się, z mojego punktu widzenia, sprawa z wykreowanym przez nią wizerunkiem kobiety: skrzywdzona ofiara, szamotająca się ale uległa. Nawet, gdy się buntuje i nawet w sytuacji, gdy jest pewna siebie, to tylko gra pozorów - niewiele znaczy bowiem bez mężczyzny trwającego u jej boku. Na szczęście dla równowagi i panowie w tej powieści także łakną miłości. Chociaż – co trzeba podkreślić – to oni rozdają tutaj karty. Na taki stan rzeczy buntuje się we mnie każda komórka. Jak już pisałam autorka ma niesamowity zmysł obserwacji, jeśli postrzega kobiety w ten sposób, to jestem skłonna jej uwierzyć. Najwyraźniej nic się nie zmieniło, poza rodzajami i formami zniewolenia, które sobie same fundujemy, dając się zaprzęgać w tryby społecznej machiny i odgrywając narzucone nam role.

Pisarka w swojej książce zawarła nie tylko portret przekarmionego i otłuszczonego chciejstwem człowieka, czyli cierpiącego na trapiącą ludzkość od wieków jednostkę chorobową "chcę mieć więcej". Na przykładzie dosyć specyficznej grupy ludzi, przedstawiła nam również obraz konkretnego, polskiego "tu i teraz", czyli bagno i syf, które nas otaczają. Z tekstu wynika smutna prawda, że sami te szambo produkujemy - dosłownie i w przenośni. A potem, jak świstaki siedzimy i pakujemy je w sreberka. Nie ważne czy to Warszawa, czy pipidówka niewidoczna na mapie, Polacy to nadal naród pełen kompleksów.

Tekst napisano z pazurem, autorka nie boi się używać gorzkich słów, nie boi się ironizować i kpić. Jej styl kipi od buntu, dzięki niemu trafnie rozdaje na prawo i lewo emocjonalne kopniaki. Świetnym rozwiązaniem było stworzenie nieco odmiennej kompozycji książki: podzielenie jej na szczeć rozdziałów, w których podążamy za każdym razem śladem innej postaci. W porę zazębiają się jednak na tyle byśmy nie zapomnieli o pozostałych bohaterach i mogli układać całość z porozrzucanych puzzli. Nie dostajemy jednak nawet połowy elementów, tej układanki nigdy nie ułożymy – to frustruje, wewnętrznie rozdziera. Stąd refleksyjność i trudność lektury - nie dostajemy niczego na tacy, a rzeczywistość nas do tego przyzwyczaiła. Mnogość wątków i możliwości interpretacyjne podkreśla występujący w podsumowaniu chór rodem z klasycznej tragedii greckiej. Nadaje on całemu utworowi wymiar bardziej ogólnoludzki, niż tylko zaściankowo-warszawski. Przewrotnie w książce nie występuje ani jeden kot. Nie ma mowy jednak o żadnej dyskryminacji - żeby było uczciwie nie ma też żadnego psa, chomika ani papugi. Rybek też nie ma.

Nie jest to lektura łatwa. Myślę jednak, że godna uwagi. Jestem bardzo ciekawa, jak długo ta książka dojrzewała w autorce.

Czytliwość: 5/6
Okładka: 4/6
Wydanie: 6/6
Ogólnie: 4,5/6

Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Tytuł: Nie lubię kotów
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wydanie: I
Seria: Cztery Pory roku
Rok wydania: 2014
Okładka: miękka
Ilość stron: 380
Cena z okładki: 31,90 zł

3 komentarze:

  1. Ja też nie lubię kotów i nawet tytuł mnie zniechęca ech ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To spokojna głowa, w książce nie pojawia się ani jeden kot :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Radosław Kowalski22 lutego 2015 06:52

    "Nie lubię kotów" wydaje się być lekturą fascynująca i wymagająca skupienia - tak, jak lubię.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...