13 stycznia 2015

Mleko ratuje wszechświat /Na szczęście mleko… - Neil Gaiman/

- Masz swoje mleko – zauważył. – A póki jest mleko, jest nadzieja.

Na szczęście mleko… to napisana z ogromną dozą poczucia humoru, prosta (no powiedzmy) historia o tym, że bujna wyobraźnia to coś naprawdę wspaniałego. Mama jedzie na konferencję, a tata pozostaje w domu z dwójką pociech. Jaki może być efekt takiego rozwoju wydarzeń, łatwo przewidzieć: KATASTROFA. Już pierwszego dnia okazuje się bowiem, że w domu zabrakło mleka. Ojciec podejmuje się więc heroicznej misji  związanej z wyprawą do sklepu. Gdy wraca po dość długiej nieobecności, okazuje się, że tak z pozoru prozaiczna czynność, jak wyjście po mleko, obfitowała w nieprawdopodobne perypetie, obejmujące między innymi podróżowanie w czasie oraz uratowanie całej planety, a kto wie, może nawet i całej  galaktyki, przed glutowatymi najeźdźcami. A najprawdopodobniej po prostu się z kimś zagadał i zapomniał o tym, że głodne dzieci, same w domu, czekają na śniadanie. Dobrze, że to fikcja literacka, bo nasza nadgorliwa opieka społeczna już by chętnie swoje 3 grosze wtrąciła.


Gaiman, w tym opowiadaniu nad wyraz często  puszcza do czytelnika oczko. I nie raz ociera się to o absurd. Absurd ten ma na celu rozładowanie pozornie nieznośnie napiętej, groźnej sytuacji. Chociaż od samego początku wiemy, że bohaterom nic nie grozi, ciekawi jesteśmy w jaki sposób wydostaną się z kolejnych tarapatów. Wiecie na przykład, co nam grozi gdy zetkną się dwa identyczne przedmioty pochodzące z różnych przedziałów czasowych? Wszechświat przestanie istnieć....albo krasnoludy zatańczą z doniczkami na głowach. Oczywiście to wynik poważnej analizy przeprowadzonej przez dinozaura (który okazuje się być dinozaurzycą naukowcem) latającego w balonie. Precyzje tych obliczań można skwitować  dość krótko: taka jest nauka i cóż.... Wierzcie mi lub nie, ale momentami naprawdę się nad tą książką uśmiałam. Zwłaszcza, gdy dowiedziałam się, co nam zagraża ze strony kosmitów: uwielbiają kiczowate, tandetne plastykowe flamingi i inne koszmarki ogrodowej proweniencji. Uważają je bowiem za najwyższą formę sztuki i dekorują nimi każdą napadnięta planetę. To Ci dopiero apokalipsa! Chroń nas bóstwo wszelakie przed takim przemeblowaniem i taką inwazją.

Nasz odważny ojciec jest całkowicie skupiony na mleku. Prędzej poświęci życie niż dopuści do tego, by jego dzieci nie zjadły śniadania (czyli chrupci – innej opcji nie ma) i -nie czarujmy się - niż wypije herbatę bez dodatku tego białego płynu. Na dokładkę, co chwilę przypomina nam o tym jaki jest dzielny, bo pomimo przeciwności losu wciąż mocno trzyma kartonik i nie straszni mu piraci, wumpiry, ani Splod – „bóg ludzi o krótkich i śmiesznych imionach”. Rozkoszna hiperbolizacjaKsiążka świetnie – w moim odczuciu- ilustruje hasło z reklamy: Zostań bohaterem w swoim domu. Brakuje tylko piosenki Eye on Tiger lub innego, zbliżonego utworu wykorzystywanego zwyczajowo jako muzyczna ilustracja heroizmu i niezłomności bohatera. Postacie są nakreślone w sposób wyrazisty i ciekawy, dzięki czemu o każdej z nich można sobie sporo dopowiedzieć we własnym zakresie. Zwłaszcza, że na końcu książki zaprezentowano nam album z wszystkimi osobistościami. Robi on piorunujące wrażenie. Kilka „osób” działa na czytelnika naprawdę hipnotyzująco. Mój wzrok szczególnie mocno przykuwają wumpiry: „Zmierzchova Zina” i „Blady i interesujący Edward” (zbieżność i podobieństwo zapewne zupełnie przypadkowe).  

Widać, że Gaiman jest w formie, jego światy nawet w tak prostych historiach przepełnione są fantastyką  i tworzą przenikającą się wzajemnie, spójną całość. Tutaj nic nie dzieje się na „pół gwizdka”, akcja pędzi z prędkością godną naszego Pendolino. Historia napisana została prostym językiem, a krótkie, spójne zdania z pewnością ułatwią wspólną lekturę. Kolejny plus to  świetne ilustracje autorstwa Chrisa Riddella.  Obrazki doskonale współgrają z tematyką książki, dopieszczając nas dodatkowo bogactwem szczegółów: mieszkanie w nieładzie (jak to bywa tam gdzie mieszkają dzieci), sympatyczne „potwory”(na pewno rozbawią niejednego, małego czytelnika), powściągliwe i nienachlane wykorzystanie kucyków i zabójcze miny głównego bohatera pt. „padł na mnie blady strach”. Tak na marginesie, to książkowy tata jest uderzająco podobny do samego Gaimana, co daje nam nieco do myślenia. Rodzic z tak bujną wyobraźnią, to na pewno prawdziwy skarb, który może zaszczepić w dzieciach wrażliwość na bogactwo i złożoność otaczającego je świata oraz rozbudzić w niech kreatywność. Jeśli nie przesadza oczywiście. Wydaje mi się, że czytając wraz z dzieckiem tę opowieść można dodać coś od siebie i pozwolić na to, by ta historia zyskała jeszcze kilka nowych wątków.

Jedyne co wzbudziło mój wewnętrzny sprzeciw, to stereotypowe podejście do kwestii podziału ról: odpowiedzialnej mamy i nieogarniętego, ale uroczego taty. Poczucie humoru autora zdołało mi to na szczęście zrekompensować. No cóż, ja dałam się oczarować, ale zanim następny raz wyślę kogoś (albo co gorsza sama się wybiorę) po mleko, to przemyślę to wcześniej dwa razy.


Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Na szczęście mleko…
Tytuł oryginału: Fortunately, the Milk
Tłumaczenie: Piotr Cholewa
Ilustracje: Chris Riddell
Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2013
Wydanie: I
Okładka: twarda
Ilość stron: 150
Cena z okładki: 29,90 zł

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...