07 stycznia 2015

Ludzie wielcy i ludzie dobrzy to rzadko ci sami - Winston Churchil l/Przebudzenie – Stephen King/

Na początku powieści czeka na nas sielankowy obraz małego miasteczka. Z rozkoszą się w nim odnajdujemy. Pozornie nic się nie dzieje, a my wsiąkamy w ten leniwy klimat od pierwszych stron. Spokój nie jest jednak błogi, tylko sprytnie kamufluje elektryzującą obawę, poruszenie, napięcie. King sugeruje nam, że już lada chwila wydarzy się coś, co zmieni na zawsze życie bohaterów. A my wiemy, że tak się stanie, że to nie jest czcza obietnica, bowiem szara codzienność jest jedynie złudzeniem, iluzją ukrywającą się za zwodniczą fasadą normalności - to kwintesencja jego pisarstwa. W tej otoczce niezwykłości dane jest nam poznać familię Mortonów i nowo przybyłego do miasteczka pastora - Charlesa Jacobsa. On i jego cudowna rodzina podbijają serca małomiasteczkowej, religijnej społeczności. Wszystko ulega jednak zmianie w obliczu niebywałej tragedii i wygłoszonego po niej Strasznego Kazania. Pastor musi odejść. Z życia Jamiego Mortona– naszego głównego bohatera - ma on jednak nigdy nie zniknąć. Obaj – chociaż każdy z nich na swój sposób – rozpoczynają wędrówkę ku zatraceniu. Po wciągającym początku książki, następują opisy dorastania Jamiego, jego pierwszej miłości, pasji i upadku - to rozmywa akcję. W miarę rozwoju fabuły zaczynamy odczuwać, że coraz mniej jest w niej swoistej chemii, tej ulotnej literackiej magii, która przywiązała nas do lektury na początku. Akcję budują głównie te nieliczne momenty, gdy drogi dwóch bohaterów – Jamiego i Charlesa - się przecinają.


95% tej książki to suspens. Sprawia on, że Przebudzenie to wielowątkowy dramat obyczajowy z elementami grozy. Paradoksalnie na pierwszy plan wybija się tło powieści: amerykańskie życie dalekie od mitu, momentami bardzo jednak sielankowe - szczególnie wspominane przez Jamiego dzieciństwo – no ale kto nie wspomina tego okresu swojego życia jako arkadii? Nie wiem skąd mi się wzięło takie skojarzenie, ale wciąż myślałam podczas lektury o Lalce Prusa. Pewnie to ze względu na szeroką panoramę, zapis przemian, które na kartach powieści utrwalił King: od lat 60 po chwilę obecną. Główna oś utworu, jego główny nurt, płynie leniwie jak rzeka. Każdy poboczny wątek to kolejna odnoga, wręcz rozlewisko, które dodatkowo ją spowalnia, a zarazem dodaje majestatycznej urody. I mimo, iż większość tych wątków nie wnosi absolutnie niczego do fabuły nie czujemy, że są zbędne. Tylko 5% książki to konkretna akcja, która nabiera żywszego tempa raptem na ostatnich 50 stronach.

Zakończenie tej długiej opowieści, mającej charakter pamiętnika, mnie nie przekonało. Na szczęście King po latach doświadczeń nie zostawia tajemnicy na wierzchu: tylko skrzętnie ją przed nami ukrywa. Po Grand Finale następuje więc wyciszenie i poddanie w wątpliwość tego o czym czytaliśmy. Ta dwuznaczna niepewność jest przyjemna. Elektryzuje szare komórki. Chociaż tyle, bo to do czego dzielne zmierzaliśmy przez ponad 500 stron nieco zawodzi. 

Ryby w sieci i źródło prądu

Jeden z trójki głównych bohaterów (tak, trójki), Jamie, z perspektywy którego podziwiamy świat, wierzcie mi lub nie, nie wzbudził u mnie jakiś głębszych emocji – jest mi całkowicie obojętny. W sumie to liczyłam trochę, że coś mu się stanie, skoro już stał się Kluczem. Nasz rockman i ćpun znalazł się po prostu w odpowiednim miejscu i czasie – czyli, gdy miał sześć lat, bawił się żołnierzykami – by stanąć na drodze człowieka bez wątpienia niesamowitego. Nie odmawiam oczywiście tej postaci swoistej barwności. Jednak brakuje jej pazura, charakteru. Nie wiem czy to z racji tego, że narracja jest pierwszoosobowa czy z powodu „pamiętnikarskiego” charakteru tekstu, stanowi on bardziej obserwatora niż rzeczywistego bohatera całej historii. Jest z niej wycofany mimo emocji, które próbuje oddać.

Wracając do tytułu recenzji. Wielebny Jacobs to bez wątpienia postać wielka i wybitna. By się nią stać – poudawajmy i umówmy się, że nie był taki od początku – wyrzekł się kręgosłupa moralnego. Ze względów etycznych bowiem miałby skrępowane ręce. Musiał też być człowiekiem szalonym, bo jak pisał już Arystoteles: nie ma geniuszu bez odrobiny szaleństwa. Nauka wymaga ofiar… Zapewnie, że Nauka jest – no może nie siostrą – ale krewną Śmierci na pewno. Ta intrygująca postać to  mistrz kamuflażu: potrafi wcielać się w różne społeczne role, mamić i kluczyć, zwodzić. Zarazem to bezwzględny, twardy drapieżca – z kim mamy do czynienia orientujemy się dopiero wówczas, gdy jest już za późno. Posiada zdolność przenikania cudzej psychiki. Jeżeli dorzucić do tego racjonalizowanie swoich czynów, nawet tych w wyniku których krzywdzi innych – to otrzymujemy opis archetypowego psychopaty. A jak twierdzi Kevin Dutton psychopaci mogą mieć wiele zalet, odkrywać, to co bałby się odkryć "normalny" człowiek. Dzięki nim dokonuje się postęp. I w ramach sprostowania, tego co niektórzy sądzą: psychopata doskonale zna dobro i zło, wie gdzie przebiegają granice, on je po prostu z premedytacją ignoruje. Tak jak nasz wielebny

Charles Jacobs to piąta osoba dramatu, Joker Jamiego, który wyskakuje z talii zawsze, gdy ten się tego nie spodziewa. Ich losy skrzyżowały się i splotły ze sobą na zawsze, a może i na dłużej – kto to wie? Ten dziwny duet zmierza wprost w objęcia trzeciej głównej bohaterki tej powieści. Przyczajonej między wersami, stanowiącej tło, paradoksalnie żywej i rychliwej – a mowa o Śmierci.  Ta zwana Matką, to odwieczna towarzyszka ludzkości. Nie musi się spieszyć – naturalną bowiem zapłatą za życie jest spotkanie z nią. Czasami jednak żąda ofiar. King nie podaje nam jednak Śmierci w tradycyjnym ujęciu. Spotykamy się tutaj z nieco bardziej złożonym obrazem, niż Mroczny Żniwiarz. Okazuje się bowiem, że może jej wcale nie być lub może być inna, prowadzić dokądś indziej.

Nie wydaje mi się jednak, by mimo swoich starań Jacobs był bliski, dotarcia do jej istoty, by w jakikolwiek sposób móc pokrzyżować jej plany. Zbyt łatwo bowiem odpuszcza ona Jamiemu... To już jednak kwestia indywidualnej interpretacji każdego czytelnika.

Łykamy jak pelikany

Jak zwykle autor rozpieszcza nas bezbłędną narracją, pod którą nieraz udało mu się ukryć przeciętny i czasami niespójny pomysł. Znaki szczególne jego twórczości, które i tym razem dane jest nam podziwiać, to: płaszczyk grozy i amerykańskie miasteczko, mamy podobnie swojskiego i "zdrachanego" bohatera. King używa od lat tych samych narzędzi, dzięki temu nie potrzebujemy wytrycha żeby wedrzeć się w jego pozę. Znamy już te miasteczka, klimat, auta, muzykę. Wchodząc do znanego nam świata możemy rozsiąść się bezpiecznie na kanapie. Mimo to, nigdy nie płaszczymy się na tym samym meblu, to nie jest ten sam świat. To kolejny obraz, gra w której czyha na nas tajemnica. Tym razem to apokalipsa, zakazane księgi i uzdrowienie, które przenosi cząstkę ciebie za życia, do twojego kręgu piekła i więzi tam do całkowitej śmierci.

King dokonuje również pewnego rozliczenia z religią. Religie bowiem, jak żadne inne formy aktywności umysłowej człowieka, według Jacobsa nadają się i zasługują na szyderstwo i potępienie. Będąc zbudowanymi na irracjonalnych przesłankach, próbują z poważną miną opisywać świat i mówić ludziom, jak mają żyć. W tym pierwszym chcą wyręczać naukę, a w tym drugim narzucać ogółowi własny, niepodlegający osądowi paradygmat. Nie sposób jednak przed nimi uciec. Pastor ucieka przed bólem w pasję, ta zamienia się w obsesję. A obsesja staje się jego religią. Znamienne prawda? Jeśli religia rodzi się z obsesji i upartej pewności, to biada nam – prędzej czy później. 

Szczegółowy opis zmagań z gitarą i nauka kolejnych chwytów, występy przypomniały mi, że King sam grał kiedyś rocka. Ta miłość do muzyki została umiejętnie wpleciona w tekst. Po raz kolejny King udowodnił, że jako pisarz jest zawsze świetnie przygotowany warsztatowo. Wracając jednak do Jamiego, jego problemów z narkotykami i grą w zespole, to odebrałam Przebudzenie jako bardzo osobistą książkę. Wiem, że odczytywanie bohaterów jako alter ego autora to niezbyt chwalebna praktyka, trzeba by być jednak ślepym, by nie zauważyć pewnych analogii. Czyżby nadchodziła faza podsumowań?

Cheeseburger, smaczny

Język doskonale skrojony do fabuły. Gdy trzeba jest lirycznie, gdy trzeba rozładować sytuację jest humor. Liczne retrospekcje, odwołania do klasyków literatury – grozy, nawet do własnej twórczości, to wszystko miesza się z przetworzonymi już przez kulturę masową wątkami. Naszą wyobraźnię pobudza świat odmalowany z rozmachem, plastycznie zobrazowany. Zawsze podziwiam też, to z jaką umiejętnością King wchodzi w skórę dziecka. Nie miewamy mu tego za złe, bo nad jego „dzieckiem” nie ciąży odium sztuczności. A to sztuka. Powieść czyta się przyjemnie, jest łatwa i lekka w odbiorze, mimo pojawiających się w niej potknięć stylistycznych - ale to już można mieć ewentualnie pretensje do korektora. Świetny pomysł to interaktywna okładka, którą można „odpalić” smartfonem po ściągnięciu odpowiedniej aplikacji.

Klimat książki miał nas trzymać w napięciu i być ciężki. Nie ma tu jednak mroku, który obiecywał wydawca. Ja bym tej książki najchętniej nie nazywała nawet horrorem. W każdym razie to, co w książce napawa grozą, to wszystko to co się jeszcze nie wydarzyło i to o to właśnie chodziło. Bo faktycznie każdy z nas ma swoje piekło. A co jeśli istnieje tylko te piekło? 

Obeznanych z twórczością grozy uderzy wtórność pomysłu – to już po prostu BYŁO i to zbyt wiele razy. Nie czekałam w  napięciu na wielki finał. Doczytałam by potwierdzić swoje przypuszczenia, że "ten zły" będzie próbował zrobić lub zrobi, to o czym myślę. I wiecie co? Miałam rację. Bo któż się nie domyśli mając takie elementy: szalony naukowiec mający na pieńku z bogiem – na dokładkę zafascynowany elektrycznością, słup ściągający pioruny i trauma w postaci nagłej śmierci najbliższych – czyli rachunki, które trzeba wyrównać z samą Śmiercią? Wątki są powielone i mało zaskakujące. Od dłuższego czasu w prozie Kinga nie ma już tej iskry geniuszu, która zachwyciła mnie w Mrocznej Wieży, emocji Wielkiego Marszu, ani tajemniczości Dallas. Przebudzenie to po prostu kawał dobrego czytadła, jak na pisarza „masowego” przystało. King to – wiadomo - marka sama w sobie, gwiazda totalna, ikona popkultury, ale przeciętność to za mało by zapaść na dłużej w pamięć. Dlatego ta książka nie może zostać zaliczona do grona jego najlepszych: pisarz ewidentnie popadł w pewną stagnację. Zresztą sam King o sobie kiedyś niefortunnie powiedział, że jest literackim odpowiednikiem MacDonalda i coś w tym niestety jest. Znacie kogoś, kto nie kojarzy tego nazwiska? Niestety cierpi na tym jakość, bo przecież i tak siłą rozpędu się sprzeda. 

Czytliwość: 6/6
Okładka: 6/6
Wydanie: 5/6
Ogólnie: 4.5/6

Autor: Stephen King
Tytuł: Przebudzenie
Tytuł oryginału: Revival
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
Rok wydania: 2014
Wydanie: I
Okładka: miękka
Ilość stron: 534
Cena: 42,00 zł



Słowem wstępu: TUTAJ

1 komentarz:

  1. Wiem, że to grzech, ale ja lubię cheeseburgery - pewnie dlatego książka tak bardzo mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...