01 listopada 2014

Song śpiącej

Listopadzie, utul mnie, jak tylko ty potrafisz. Obejmij mnie szorstkim ramieniem w skostniałej ziemi. Niech odetchnę teraz. Przebiegłam przecież przez październik z duszą na ramieniu. Biegłam obrazem wspomnianym i w dźwięku z wczoraj. Biegłam każdym słowem wspak, i w przód, i poprzek. Zwłaszcza tym szybkim, które wypadło mu z ucha, bo nie chciał go słyszeć. Widziałam: wysunęło się – robak z zatrutego jabłka i rozbiło o pobliski kamień na tysiąc mniejszych słów. Głupszych, błahych… A ja traciłam oddech. Tak, biegłam, a październik wciąż próbował mnie zdmuchnąć, urwać, i rzucić na zgubę. Jak liście z drzew - te ostatnie, pomięte zmarszczkami, patrzące w hennigdziedal dziurami wypalonymi od łez. I dziwił się, bo ja nie byłam jeszcze martwa, trzymałam się dzielnie. I chociaż wątlejsza z dnia na dzień, jeszcze ważne było dla mnie, że deszcz pada, że gryzie słońce, że ciepła mgła nad okolicą. Czułam jeszcze kolory, głównie te, co mnie zjadały od czubka głowy.

Czekam przecież. Zastygłam w tym oczekiwaniu, jak złowroga wróżba na dnie filiżanki. Pij szybciej, bo tym snem już jestem zmęczona. Chcę już odtajać w końcu, kość po kości…


1 komentarz:

  1. ale do wiosny daleko... daj jej czas nadejść, bo zima przyniesie oczyszczający chłód. Może pora na "Królową śniegu" M. Cunninghama?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...