09 listopada 2014

"Istnieje tylko jedno imię stosowne dla kota – Wasza Wysokość" /Kleo i ja – Helen Brown/

Jesienią ludzie przechodzą metamorfozę. Zatapiamy się w ulubionych miękkich miejscach, zapadamy się w koce, poduszki. Szukamy ciepła i spokoju, z kubkiem czegoś gorącego i aromatycznego pod ręką. Stajemy się trochę, jak koty. Dla "kociejącego" bibliofila pora roku nie stanowi właściwie większej różnicy, ale trzeba przyznać jedno: jesienią jakoś inaczej się czyta. Lepiej? I tak oto,mając za oknami piękną, jesienną aurę, z prywatnym, mruczącym grzejniczkiem obok, zabrałam się za lekturę Kleo i ja. I po raz koleiny przekonałam się, że kot to najlepsza inwestycja.


Uwaga! Ta familijna kot-story wydarzyła się naprawdę. Mąż, żona, dwoje dzieci i pies, upchnięci w malowniczej okolicy słynącej z paskudnej pogody i trzęsień ziemi. Małżeństwo niedoskonałe: dalekie od wyśnionego "i żyli długo i szczęśliwie", a bliższe "tolerujemy się, ze względu na dzieci". Przecięta rodzina, jak miliony im podobnych, mająca swoje wzloty i upadki. Pewnego dnia jednak życie jej członków zostaje niespodziewanie przecięte na pół. Odtąd dzielą wspomnienia na: "przed" i "po" tragedii.  Od dnia w którym pękły ich serca, na zawsze zostały naznaczone bliznami. Niestety blurb zdradza, jaka to będzie tragedia, co odbiera w początkowej fazie powieści całą jej esencję i minimalizuje zainteresowanie treścią. Wydawcy nie dali autorce szans na stopniowe budowanie napięcia. Czytamy i czekamy więc aż TO się wydarzy, czekamy aż zginie jeden z chłopców. Wydaje się, że w obliczu takiego dramatu powinien skończyć się świat - który uparcie i na złość trwa nadal, jakby niczego nie zauważył-, że ludzie się po czymś takim nie podnoszą. Zmiażdżonym emocjonalnie i pogubionym bohaterom trafia się jednak ona: Kleo. Ma ten urok, osobowość, czar, którego potrzeba tej rozpadającej się rodzinie. Jej bezkompromisowość, oddanie (i mruczenie oczywiście) skleja powoli te ludzkie wraki. Zaczynają walczyć o swoje życie, odzyskują wiarę w urodę świata, zaczynają cieszyć się każdym kolejnym dniem i trwającą chwilą. A ona czuwa nad nimi podczas rozwodu, narodzin, przeprowadzek, zmian pracy, zawodów miłosnych, chorób i kolejnych strat. Trwając przy nich, uczy ich odczuwania najtrudniejszej z wszystkich emocji: radości. 

Helen nie uważała się za kociarę – do czasu. Przekonała się, że jeżeli chodzi o koty, nie ma znaczenia, co się sądzi, ważniejsze są uczucia do których jesteśmy zdolni, gdy stają na naszej drodze. Generalizacja - "kociarze"kontra "niekociarze" - nigdy nie jest dobra. Nawet kociarz trafia w swoim życiu na osobniki, które wolałby omijać szerokim łukiem. Kleo i Helen stworzyły na szczęście wyjątkowy duet, jedyny w swoim rodzaju. Pokochały się tak po prostu i pomogły sobie na wzajem. Chociaż trzeba przyznać, że to Kleo oswajała Helen, nie odwrotnie. Koty już tak jednak mają. Moja mama została dokładnie tak samo urobiona, krok po kroku…. W książce Brown obala tkwiące jeszcze w ludzkiej podświadomości mity dotyczące mruczków. Te klasyczne już: że koty duszą noworodki (absurd), że nie lubią się z psami (kto to wymyśla?), że sierściuchy przyzwyczajają się bardziej do miejsc niż do ludzi (krzywdzące pomówienie!). Ale zarazem potwierdza inne np. koty to istoty metafizyczne, istniejące między wymiarami, widzące więcej; mają  w sobie coś majestatycznego; oraz to, czego nie rozumiałam, a co wiecznie powtarzała mama Ludwiczka: "koty liżą masło". Nasza główna bohaterka z lubością oddawała się tej czynności. Pewnie dlatego dożyła sędziwego wieku 23 lat. I wiecie co? Nie miała sklerozy – czyli my też nie rezygnujmy z masła, z obawy o pamięć.
Helen Brown i Kleo

Kleo i ja, to pamiętnik Helen, a właściwie spisane wspomnienia. Kolejne rozdziały są, jak listy wysyłane do siebie z przyszłości, od mądrzejszej "ja". Narratorka prowadzi monolog, miejscami przypomina to wręcz spowiedź. Wspomnienia mają to do siebie, że z czasem bledną (wyraźnie dostrzegamy w tekście te ledwie muśnięte). Czas ułatwia rozliczenia z przeszłością i rekonstrukcję – zniekształca obrazy, zaciera ich kontury. Otula wspomnienia, zamyka je w magicznej bańce - stąd pogodny wydźwięk książki i jej siła. Z perspektywy czasu opisywane przez Helen tragiczne wydarzenia tracą ostrość. Rozpacz już dawno została przepracowana, został tylko cień smutku, tego który zostaje na zawsze, ukryty gdzieś głęboko. Co za tym idzie, w tekście nie zderzamy się z autentycznym tsunami rozpaczy, nie czujemy rozerwania bohaterów. Odbiera to siłę rażenia wydarzeniom, daje jednak w zamian coś ważniejszego: odkrywamy, że można, że da się, że drzemie w nas siła, która pozwoli nam trwać, jeśli pozwolimy jej znaleźć ujście lub jeśli wpuścimy do życia kogoś, kto te siłę z nas wyłuska...

Jeżeli chodzi o Kleo, to "rozmawiała" tylko z Robem. Nie poznamy więc jej wersji wydarzeń. Nie dowiemy się, jak ona skonstruowała by swoją biografię. Pozostaje nam zaufać perspektywie Helen. Obie dogadują się świetnie ponieważ mają podobne, silne charaktery. Nie boją się przeprowadzek. Ktoś, kto - chociaż z oporami -  potrafi zadomowiać się w Europie - i to w Szwajcarii -, żyć w Australii i na Nowej Zelandii, to osoba z natury odważna i silna. Ich charaktery do siebie przylgnęły i zaczęły stanowić jedność. Książka pokazuje, że miejsca w których przebywamy nie są aż tak ważne, jak nam się wydaje. I co trzeba przyznać, opisy zmieniających się pór roku w różnych zakątkach świata, zadziwiają delikatnością i ukazują wrażliwość autorki i jej literackie możliwości.

Helen Brown i Kleo
Co mi zazgrzytało, niczym piasek między zębami… Od zawsze irytuje mnie przesadna apoteoza macierzyństwa i sprowadzanie mężczyzn do biedaków, którzy nie mają takiej mocy, którą władają kobiety. To krzywdzące. Ich moc jest po prostu inna i wcale nie gorsza. Porównywanie to nieporozumienie – drogie panie nie bądźmy małostkowe. Po drugie, wiem, że pewne fragmenty tekstu miały być zabawne. Nie ma jednak nic gorszego niż świadomość tego, że pisarz próbuje nas rozbawić. Próbuje... Bohaterowie chociaż mieli być z krwi i kości, w tej historii, tacy nie są. Mimo, że próbuje nam się pokazać ich wady, ból, cierpienie, rozterki - są jak posągi. Perspektywa czasu - o której już wspominałam - wygładza ich oblicza, charaktery. Czyni ich zbyt idealnymi. Kolejna kwestia: mini wykłady, jak np. te o historii kota w Egipcie i etapach żalu. Niezbyt umiejętnie wplecione w tekst zamulały i tak spokojną już akcję.

Ta napisana prostym językiem powieść jest zdecydowanie pogodną, wzmacniającą lekturą. Wątki są zgrabnie splecione – odzwierciedlają wszak rzeczywiste wydarzenia – fabuła nie zapętla się w żaden sposób. Momentami zdarza się jednak, że zbytnie przesycenie tekstu emocją, pisanie rozedrganiem na krawędzi nerwu, powoduje, że ciężko przedzierać się przez kolejne strony. Trzeba przerwać bo gęsta atmosfera nas przydusza. Najbardziej wzruszający fragment, to zdecydowania końcówka powieści, w której nadchodzi czas Kleo - nierówna walka i trudne pożegnanie. Bardzo sobie życzę, żebyśmy my i Jagoda poradzili sobie podobnie. I oby nastąpiło to za jakieś 200 lat...

Największym atutem tej historii jest to, że wydarzyła się naprawdę. Tak, na świecie dzieją się cuda, a ludzie są dobrzy i silni! W sumie nie taki z nas paskudny gatunek. Nie mogę oprzeć się jednak wrażeniu, że sama historia była diamentem, który został oddany porządnej obróbce, przycięty, wszlifowany. Teraz błyszczy, jest już jednak innym tworem niż był pierwotnie. Czytamy nie tę historię, którą przeżyła Helen, ale jej uszlachetnioną wersję.

Okładka – hipnotyzujące, szmaragdowe oczy czarnego kociaka, łobuzersko wwiercają się w czytelnika. Te chochlicze iskierki i słodka, niewinna mordka. Nie sposób się gniewać nawet, gdy mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie tajfun. Kociak sprawia także, że nie da się przejść obojętnie obok tej książki. Gratulacje dla wydawnictwa.

Wielu ludzi po przeżyciu takiej tragedii, jaka spotkała Helen, nigdy nie wraca do siebie, nie pozbywa się oblepiającego ich dusze mroku. Taplają się czarnej mazi, tracąc kolejne dni, zatopieni w bagnie gniewu i żalu - zabójcza mikstura. To, że bohaterowie poradzili sobie i stanęli na nogi świadczy o tym, że mieli solidne podstawy - silną konstrukcję psychiczną. Zastanawiałam się czy to książka „dla każdego”? Historia ta „dla każdego” może stanowić na pewno ciekawą lekcję życia. W jej treści głównie odnajdą się osoby pełne empatii, poszukujące ciepła dla duszy i swojego miejsca na ziemi.

Tekst znajduje się również na portalu Kocie Tajemnice:




Czytliwość: 4/6
Okładka: 6/6
Wydanie: 5/6
Ogólnie: 4/6

Autor: Helen Brown
Tytuł: Kleo i ja
Tytuł oryginału: Cleo.
How an Uppity Cat Helped Heal a Family
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Wydanie: I
Rok wydania: 2012
Okładka: miękka
Ilość stron: 328
Cena z okładki: 34,90 zł

Fragment:

Dni bywają na ogół tak podobne do siebie, że zapomina się o nich niemal  natychmiast po zachodzie słońca. Ich tysiące splatają się z sobą, zmieniając się w miesiące i lata. Przepływamy przez czas, spodziewając się, że każdy koleiny dzień będzie równie przewidywalny jak miniony. Ukołysani rutyną (...) poddajemy się narkozie przekonania, że nasze życie nigdy się nie zmieni.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...