26 listopada 2014

Dzwonek do drzwi

Źródło: FormaJestWiezieniemAleBrakFormyNieJestWolnoscia

Nagły dzwonek do drzwi wyrwał mnie z sennego transu - nie, nie dzwoniło mi tym razem w przytkanych uszach, nawet tego nie sugerujcie. W efekcie rozdzierającego ciszę jazgotu, tego przeklętego ustrojstwa, rozchełstany szlafrok upstrzyłam nowymi plamami z kawy. Normalnie skrzydła mi opadały. Do tej pory tylko one – obskubane ale zawsze swoje - jeszcze jakoś się trzymały, w przeciwieństwie do całej reszty. Wszystko inne bowiem dawno już mi opadło. I wiecie co? Wisi mi to. Nie trudno zgadnąć, że nie miałam siły nawet zakląć, więc tylko cicho jęknęłam. Tak to przynajmniej brzmiało w mojej głowie, w rzeczywistości bowiem z obolałego gardła wydobył się tylko nieprzyjemny warkot. Zrezygnowana, drżącą ręką, odstawiłam nieszczęsny kubek na biurko. Ledwie się zmieścił, następny do kolekcji: nie od dziś wiadomo, że mój metabolizm używa głównie kofeiny do zwalczania wirusów – pewnie dlatego tak opornie mu to idzie. Mój cynizm (taka immamentna przypadłość, na którą cierpią głównie wredne mendy) nie otworzy jednak za mnie drzwi. Ruszyłam więc niemrawo w stronę napierdzielającego po drugiej stronie futryny, przeznaczenia. Wiadomo, z nim nie ma zmiłuj, nie poczeka, nie pomacham mu przecież przed nosem L4 lub zasmarkaną chusteczką. Jeśli chce mi znów zapaprać życiorys – i tak to zrobi. Rozczochrana, z resztkami wczorajszego makijażu, na bladym polu zwanym kiedyś twarzą, otwarłam w końcu te przeklęte drzwi. W przyzwoitej komedii romantycznej na progu stałby nieziemsko przystojny hydraulik, elektryk, sąsiad (niepotrzebne skreślić lub wpisać zamiast, co tam kogo kręci). Byłby to początek historii prowadzącej do nieuchronnego happy endu, bo oczywiście, mimo moich ewidentnych braków w urodzie i tak by się we mnie bez pamięci zakochał. Ja łaskawie w nim oczywiście też, żeby nie było, że aż taka zołza ze mnie. Życie to jednak nie jest komedia romantyczna. Właściwie, to nawet nie zwykła komedia - bo na progu nie stał też żaden żul z kacem na ramieniu, domokrążca gotów sprzedać własną matkę ani Cyganie gotowi - dla odmiany - kupić mnie i potem sprzedać na części. Nie zasłużyłam nawet na przyzwoity kryminał czy horror: zero dresiarza pałającego żądzą wbicia mi kosy pod żebra i obkopania nerek, psychopaty, chcącego zrobić sobie naszyjnik z moich jelit, ducha, demona…

Po prostu przyszła do mnie listonoszka (ktoś się jednak do mnie zapuszcza - wątpliwe „jupi”) i z uśmiechem na ustach wręczyła mi bestialsko pognieciony i potargany pakunek. Summa summarum, też się do niej wyszczerzyłam, pociągając oblepionym śpikami nosem. W głowie zakiełkowała mi już bowiem pokrzepiająca myśl. Dzięki niej poczułam jak osłabione, znękane chorobą ciało odzyskuje dawne siły, a umysł z sekundy na sekundę uwalnia się z toksycznej mgiełki: Kobieto, za takie traktowanie książek...będzie bolało, mogę ci to obiecać. Pomimo wzbierającego gwałtownie uczucia wściekłości połączonego z żądzą mordu, postanowiłam z tym jednak poczekać. Co na zimno, to na zimno. 

I tak w moje ręce trafiła powieść Śpiewaj ogrody.


Książkę będę miała przyjemność przeczytać dzięki portalowi: Panorama Silesia

1 komentarz:

  1. Powiem ci, że to masz szczęścia, bo do mnie listonosz nie przychodzi :( Paczkomaty to zło wcielone, ale za to tanie :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...