05 listopada 2014

DISC na wesoło. Pingwiny z Madagaskaru

A u nas dziś występy gościnne, w związku z lekturą Rozwiń skrzydła. Zapraszam do zapoznania się z tekstem zaprzyjaźnionego pisarza, ukrywającego się pod pseudonimem: Panzerknacker.

"Podpisuję się obiema rękoma i czym tam jeszcze można się podpisać pod tezą, że autorzy dokonali bardzo umiejętnego zabiegu. Uniknęli monotonnego, profesorskiego języka, jakim charakteryzuje się znakomita większość publikacji traktujących o szeroko rozumianej psychologii, badaniu osobowości czy rozwoju osobistym. Styl tych prac jest monotonny, jednostajny i zapewnia tyle samo wrażeń, co jazda autostradą przez Kansas. Czyli absolutnie zero. Tylko leniwe podążanie od pierwszej do ostatniej strony, a jedyną rozrywka jest przewracanie kolejnej strony.   


Zamiast akademickiego bełkotu, stworzono zatem bajkę - z krótkimi, koherentnymi historyjkami, można by nawet rzec, dykteryjkami. Postacie są wyraziste, przekaz czytelny a fabuła na tyle wartka, że czytelnik nie musi sie ratować przez zaśnięciem hektolitrami kawy. Paradoksalnie jednak, pomimo przystępnego i zrozumiałego języka, odwołane się do bajkowej konwencji wywołuje u mnie pewien dysonans, będący tak po prawdzie największą słabością takiej konwencji. Duet Rosenberg i Silvert bazuje na pewnych głęboko zakorzenionych stereotypach. Niestety, stan wiedzy przyrodniczej z początków XX wieku mocno się zdeprecjonował i sporo stracił na aktualności. Gdy przywołuje obrazy ptaków, stanowiących pewien archetyp typów osobowości, w żaden sposób nie potrafię skorelować go z nieco idealistycznym wyobrażeniem autorów. Bajkowa konwencja skłania nas niejako do zaakceptowania nieco naiwnego, uproszczonego obrazu bohaterów. Cały szkopuł polega na tym, że nie jest to bajka dla dzieci.

Sowa już utraciły nobliwy status ptaka mądrości. Tak tak, wiem, że jest to dotkliwy cios dla tych z czytelników którzy upatrują w sowach swojego duchowego mentora i przewodnika, ale fakty okazały sie być dla sowiej inteligencji bezlitosne. Orły z dumnych i wyniosłych władców przestworzy przeistoczyły się w bezczelnych oportunistów. Gołębie to tak naprawdę ściek na skrzydłach, obsrajdachy paskudzące z oburzającą regularnością i sypiące na lewo i prawo obrzeżkami. Może gdybym był Davidem Attenborought, potrafiłbym docenić piękno i feerię kolorów żyjących w lasach tropikalnych papug. Mnie osobiście papuga kojarzy się z paskudnie wyleniałym, smętnym ptaszyskiem bujającym się leniwie w na drążku w równie paskudnej klatce, ukrytej nieco wstydliwie w rogu kuchni mojego przyjaciela.

Bywa tak, że czasami jakiś błyskotliwy pomysł spada na nas znienacka, i przygniata jak wywrotka cegieł. Czasami ewoluuje, przewierca się przez umysł i dojrzewa w spokoju jak dobry, francuski Roquefort. A w niektórych wypadkach, genialny pomysł dostajemy od kogoś w prezencie. W tym wypadku coś, co miało być dowcipną, rzuconą od niechcenia krotochwilą, po głębszym namyśle stało się jedną z tych rzeczy, o których zwykliśmy myśleć: "A dlaczegóż by nie? To przecież może być niezłe". Sam model, posiadający tak silną ornitologiczną proweniencje wydał mi się mimo wszystko szalenie ciekawy, ale jego uproszczona, wyidealizowana konwencja była dla mnie zbyt banalna. Jak więc pogodzić supozycje autorów ze zdrowym rozsądkiem?

Podzieliłem się swoimi wątpliwościami z Alicyą. Po chwili zastanowienia usłyszałem:
- Pingwiny - użyj pingwinów. Też jest ich czterech, mają odmienne, wyraziste charaktery, więc na pewno uda ci się je dopasować.

Alicya najwyraźniej czuwała nade mną jak opiekuńcza Klio. Sam pomysł z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej nęcący i atrakcyjny, tak więc faktycznie - postanowiłem sięgnąć po pingwiny.  Czytelników, którzy oczyma wyobraźni widzą już bezkresny, zamarznięty na kość monotonny pejzaż Antarktydy, oferujący jedynie śnież w ilościach hurtowych uspokajam: mam na myśli TE pingwiny.

Czasami po prostu tak się dzieje: jakaś postać, albo drużyna stworzona w zamyśle autora jako zabawny przerywnik zaczyna żyć własnym życiem. Wymyka się z rąk reżysera, zręcznie omija pułapki zastawiane przez montażystów i zaczyna podporządkowywać sobie całe sceny, a w ekstremalnych przypadkach owijać wokół siebie fabułę. Dokładnie tego samego dokonały Pingwiny z Madagaskaru: jak na rasowych komandosów przystało, pojawili się nagle jak spod ziemi i z miejsca zdobyli strategiczne przyczółki w naszych umysłach. Potem wszystko potoczyło się z wojskową precyzją - pierwszy film krótkometrażowy, pierwszy sezon serialu, a obecnie pierwszy film długometrażowy. Na który to film, co przyznaję z niejakim zażenowaniem, czekam z niecierpliwością.

Mam tylko nadzieję, że Skipper, jako rasowy strateg, skrzętnie skrywa przed cywilami swoje dalekosiężne plany i nie planuje rozpoczęcia kariery, zwieńczonej Oskarem i willą w Beverly Hills.  Z obowiązkowym basenem, dwunastoma sypialniami i polem golfowym wielkości powiatu. Dreszcz adrenaliny towarzyszący tajnym operacjom zastąpiłby dreszcz towarzyszący zakupom w najdroższych galeriach, a jedynym urozmaiceniem codziennej monotonii byłaby ucieczka przez paparazzi. Ale jak na razie nic nie wskazuje, by Skipper i jego drużyna planowali w najbliższym czasie porzucić ekscytujące życie komandosów. Z pożytkiem dla nas, rzecz jasna. Bo wszyscy kochamy pingwiny.....

Po cóż zatem bazować na wyleniałych, nieco zakurzonych stereotypach, skoro możemy czerpać naszą wiedzę oglądając na żywo przygody drużyny Skippera. Obserwować ich wzajemne interakcje, animozje, lęki i słabości. Zajęcie tym bardziej pouczające, że czwórka pingwinów doskonale wpasowuje sie w schemat opisany przez Rosenberga i Silverta.

Skipper/Orzeł/
Niektórzy dowódcy władzę zdobywają siłą i brutalnością, niektórzy systematycznością i ciężka pracą. Ale każda armia świata wywaliłaby fortunę za zdobycie wiedzy jak kształtować dowódców takich jak Skipper. Skipper nie musi zdobywać władzy. Naturalnym stanem jego umysłu jest wewnętrzne przekonanie, że każdy żołnierz wykona jego rozkaz. Że nie ma sytuacji bez wyjścia, a dyscyplina i wyszkolenie (oraz rzecz jasna brutalna siła) pozwolą pokonać wszystkie niebezpieczeństwa. Charyzmatyczny i inteligentny, ale w specyficzny, oficerski sposób, jest uwielbiany przez podwładnych.

Kowalski/Sowa/ 
Mózg drużyny. Niestrudzony badacz, autor niezliczonej ilości mniej lub bardziej nieprawdopodobnych wynalazków, widowiskowych wybuchów, katastrof i klęsk żywiołowych. Umysł analityczny bazujący na ocenie sytuacji przez pryzmat posiadanych danych oraz faktów. Jego zdaniem intuicja to nazwa jakiejś egzotycznej, rzadkiej choroby.

Rico/Papuga/
Spotkałam się z zarzutem że w przypadku Rico analogia jest nieco naciągana, ale przyjrzyjmy się bliżej faktom. Już samo imię sugeruje żywiołową, południową naturę. Rico jest temperamenty, żywiołowy i uwielbia imprezować. Cechuje go poczucie odpowiedzialności balansujące niebezpiecznie blisko zera. Fakt, że potrafi zwymiotować wszystko...no prawie wszystko, jest cechą bardzo pożądaną w oddziale komandosów, ale z drugiej strony nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest to kolejny przejaw taniego efekciarstwa.

Szeregowy/Gołąb/
Najmłodszy i najbardziej wrażliwy członek pingwiniego kwartetu. Cechuje go romantyzm i niemal całkowity brak życiowego pragmatyzmu. Właściciel szczerego, czystego serduszka. Szuka harmonii z całym światem i w każdym - często wbrew oczywistym faktom, stara się dostrzegać coś dobrego. Za wszelka cenę stara się unikać konfliktów i często podejmuje się roli mediatora.

Mam nadzieję, że gdy następnym razem będziecie śledzić na ekranie przygody Pingwinów z Madagaskaru spróbujecie, podobnie jak ja, spojrzeć na nie przez pryzmat DISC. Oczywiście, moją intencją nie jest drobiazgowe analizowanie (czyżbym był Sową/Kowalskim?) złożoności ich natury. Zapewniam was, że samodzielne odnajdywanie w pingwinach cech orła, sowy, papugi i gołębia sprawi wam podczas oglądania ich przygód dodatkową frajdę. "

Panzerknacker

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...