29 października 2014

"Dla..., która może być wyjątkowa i nie musi być doskonała" /Dobre ciało – Eve Ensler/

Oto, czego się do tej pory udało mi sie dowiedzieć. Żeby być doskonała, muszę się przeistoczyć w uśmiechniętą psychopatkę, której nie wolno jeść precelków. Muszę pozostawać w czułym uścisku z trenerem nazistą, odrętwiała – na szczęście- z powodu zatrucia botuliną, bez białego tłuszczu odessanego metalową rurką i ze zwężoną cipką. Musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygładzać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć.

Eve Ensler po raz drugi wyrusza w podróż ze swoją kobiecością. Tym razem nie po to by toczyć zacięty bój o wyzwolenie waginy spod jarzma wstydu i przemocy. Tym razem niczym bohaterowie Juliusza Verne przebędzie drogę do wnętrza… swojego brzucha. Aby do niego dotrzeć musi najpierw – paradoksalnie - objechać świat. Bo ON stał się już osobnym bytem, nową planetą na mapie wszechświata. Patologiczna relacja z nim sprawia, że ona traci kontrolę: a on ogranicza, straszy, dyryguje. Pora więc dać mu pstryczka, pozbyć się go – lub zrozumieć. Podczas wędrówki, odbywającej się w czasie i przestrzeni, rozmawia z różnymi kobietami, o ich prywatnych „brzuchach”, ich słabych punktach, miejscach, które chcą zniszczyć. Znamienne, że większość utożsamia się z tym, czego nienawidzi, a nie tym, co kocha. I w tym są wytrwałe.  


Zastanawiające, że kobiety pozwalają wtłoczyć sobie ułomność. Bo przyswajając wydumany ideał z kolorowych magazynów, są gotowe do samookaleczenia. Cywilizację kobiet toczy nowotwór: walka z własną naturą, potrzebą smaku, sytości i spełnienia. I to kobiety same wcielają się w rolę raka: swoim ciałem pożerają własną tożsamość. Obsesja tłuszczu, celulitu, proporcji, koloru, niezależna od szerokości i długości geograficznej, szczuje płeć (przecież!!) piękną wizją doskonałego ciała. Nieustanna wojna o nie, w każdym zakątku świata wygląda podobnie: to jątrząca się pustką nieuleczalna rana. Bo po to by czuć się bezpieczne, rozpaczliwie poszukujemy akceptacji. I naiwnie sądzimy, że załatwi ją nam idealne ciało: zmienię to, usunę tamto – będę szczęśliwa. To kłamstwo, na które jesteśmy chore. To wirus Barbie.

Jeśli wirusa Barbie uznamy za czarny charakter, to muszą pojawić się antagoniści - uzupełniający się mocami superbohaterowie: drakońska dieta i chirurgia plastyczna. Pomocnicy pierwszego super-hiper to głód, wieczne poczucie pustki i sadystyczny trener; pomocnicy numeru dwa, są niczym mistrzowie Yedi, którzy zamiast wymachiwać przed kamerami świetlnymi mieczami, tną bezbronne ofiary skalpelami i laserami. I my mamy takowych mistrzów: nasze prywatne, narodowe skarby – np. doktora Szczyta i Chodakowską. I podziwiamy ich (cud, że nie mają jeszcze pomników). Rozpływamy się jeszcze nad kilkoma innymi debilizmami typu: Zostań łabędziem , czyli fabryka klonów i Sexi mama – tutaj radzi się kobietom, co mają z sobą zrobić, by odzyskać to „coś”. Ekhm, przepraszam… Kiedy te kobiety TO straciły, by TEGO szukać na nowo? Kto śmie im wmawiać, że czegoś im brakuje? Może niech pan Adonis jeden z drugim zerknie w lustro i uważa, żeby nie pękło, zanim coś do niego powie. Poza tym, to zawsze chodzi o kasę.

Wolę nie wspominać o społecznym tresowaniu i nagonce medialnej, która powoduje, że kobiety nie czują się dobrze same z sobą, spuszczają wzrok i unikają luster. Bo społeczeństwo konsumpcyjne żąda doskonałości. Ja mówię o tym, że my same przyklaskujemy idei, która nas niszczy. Bo któż inny? Taka jest moc podświadomego przyswajania idei. Nawet nie zauważamy, gdy same zaczynamy się „wykrajać”, by wpasować się w szablon kobiety idealnej. Najlepiej przedstawiono to w Kopciuszku, gdzie niepasującym ucina się fragmenty ciała - stóp. I cóż im to dało drogie panie? I tak nadal nie pasowały. Przestały tylko być sobą i zatraciły swoją tożsamość. Nie będę przytaczać tutaj analizy feministycznej owej baśni. Podsumuję to tylko tak: żadna z nas nie jest Kopciuszkiem. Jesteśmy jego przyrodnimi siostrami. Tak było i będzie – oby. Ideały są nudne. A Kopciuszek to tylko kulturowa wydmuszka.

Prosty przekaz, czytania na godzinkę. Jakby zlepione, przypadkowo wyrwane kartki z pamiętników kilku kobiet. Pod ich słowami może podpisać się reszta. Lekko potraktowany temat, pokazuje absurd, w który wkręcamy się z taką łatwością. Absurd, który przysłania nam naprawdę ważne sprawy. Teksty napisano z ironicznym zacięciem. Autorka bawi się językiem, formułuje go na kształt papki, współczesnej popkultury: prymitywnej, płytkiej i agresywnej. Bohaterki są więc własnym karykaturami, ich cechy zostają wyolbrzymione. Do granic. Tylko mądry śmiech może ją wyswobodzić. Właściwie temat wyczerpuje sie  już we wstępie, tam jest wszystko, potem są przegadano - pogadanki i naświetlenie tego samego zdania z różnych stron. Można było w bogatszy sposób, można było pobawić się w jakąś fabułę. Autorka rzeczywiście się nie wysiliła, przedstawia wszystko w dosyć oczywisty sposób.

Okładka utrzymana w podobnej stylizacji, jak Monologi waginy. Tylko zamiast kwiatu, dwa złączone lody. Książka staje się pochwałą owych słodkości. One są, jak święcona woda, remedium na zło. Dokonuje się nimi egzorcyzmów - wygnania z ciała demona - tego który sączy jad, że coś nie tak, bo tu za mało, tu za dużo. Bo, gdy ty odrzucasz coś, dla czego ktoś wiele ryzykuje… Są kraje, w których za ich jedzenie kobiety kara się, w najlepszym wypadku, chłostą.

Książka głównie dla kobiet. Ale jeżeli mężczyzna chce zrozumieć dlaczego ona sie chowa, gdy on patrzy... Poruszając ów temat autorka Monologów waginy nie odkrywa Ameryki. Jak to ktoś trafnie ujął: wyważa tylko, otwarte już drzwi. Wydaje się to słuszne. Wszyscy bowiem zdajemy sobie sprawę z tego, że problem istnieje. Zapominamy jednak cokolwiek z nim zrobić. Dlatego po raz kolejny dokonana odsłona, skłania nas do - chociaż chwilowej - refleksji. Nie oszukujmy się, ta lektura nie zmieni nagle czyjegoś sposobu postrzegania siebie i świata. Niektórym tyle wystarczy, żeby zastanowić sie czy mają w sobie to coś, czego nie lubią i będą autorce wdzięczni. Dla niektórych będzie to nic nie wart pseudopsychologiczny bełkot pełen wyświechtanych stereotypów. Zarówno jedni i drudzy czytelnicy będą mieć rację.

W każdym razie diagnoza postawiona, lekarstwo przepisane. Receptę porwał wiatr... A my nadal autoterrorystki, z kuku w głowie…

Czytliwość: 4/6
Okładka:  5/6
Wydanie: 5/6
Ogólnie: 3,5/6

Autor: Eve Ensler
Tytuł: Dobre ciało
Tytu
ł oryginału: The Good Body
Tłumaczenie: Monika Walendowska
Wydawnictwo: WAB
Wydanie: I
Rok wydania: 2007
Okładka: twarda
Ilość stron: 108
Cena z okładki: 29,90 zł


Fragment:

Powiedz wszystkim laserom, wydawcom magazynow i chirurgom plastycznym, że nie czujesz strachu. Tym, czego boisz się naprawdę, jest śmierć wyobraźni i oryginalności, metafor i pasji. Odważ się POKOCHAĆ SWOJE CIAŁO. PRZESTAŃ JE POPRAWIAĆ. Nigdy tego nie potrzebowało.

Czy widzisz to drzewo?


Teraz spójrz na to. (Wskazuje inne drzewo) Podoba ci się to drzewo? Czy możesz je nienawidzić tylko dlatego, że nie wygląda jak tamto drzewo? Czy możesz powiedzieć, że nie jest ładne tyko dlatego, że nie przypomina tamtego drzewa?

1 komentarz:

  1. Zawsze chodzi o kasę, a nieszdzęśliwa kobieta potrafi ją wydawać bez opamiętania.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...