01 sierpnia 2014

Perły w kimchi, czyli groch z kapustą – kiszoną /Zaproszenie na kimchi - Lena Świadek/

Składniki na kimchi
Na 2 kg kapusty pekińskiej:
100 g soli kamiennej
400 g białej rzodkwi
kilka młodych cebulek ze szczypiorkiem
4 łyżki sproszkowanej papryki kochu (coś jakby chili)
2 łyżki siekanego czosnku
łyżka siekanego świeżego imbiru
łyżka soli
łyżka cukru

Słono-kwaśno-słodka przystawka będąca kwintesencją kulinarnej kultury, to pikantny symbol kraju z drugiego końca świata. Moja pierwsza reakcja na tę wiadomość była mniej więcej taka: i niech mi ktoś jeszcze powie, że tylko Polacy jedzą „zepsutą” kapustę! Koreańczycy spożywają tę przystawkę nieustannie. Parafrazując, można nawet zaryzykować stwierdzenie: „Nie ma ryżu bez kimchi…”. Danie te równie często, jak spożywane jest osobno, staje się podstawą do przygotowania innych posiłków (np. zupa kimchi, czyli kimchi jjigae). Podobno jej nazbyt egzotyczny wygląd nie zachęca do skosztowania, ale jeśli ktoś się już skusi, to trudno jest się nią nie zajadać. Zwłaszcza, że ta zasolona, wymoczona i ukiszona potrawa ma liczne właściwości zdrowotne i odchudzające.


Po lekturze Zaproszenia na kimchi Leny Świadek, początkowo zdezorientowany czytelnik (o ile jest, tak jak ja, laikiem) nie będzie się już dziwił temu, że to kuchenny symbol stał się charakterystycznym znakiem rozpoznawczym Korei Południowej. Kultura ta bowiem oczaruje nas swoją różnorodnością, wielością smaku - jak i ta przystawka. Koreańczycy wzbudzą naszą sympatię swoim upodobaniem do jedzenia: częstego, obfitego i wielorakiego. Także wewnętrzna niespójność tekstu: od anegdot przez drobne impresje - aforyzmy, po streszczenia encyklopedyczne, znajduje w tym kontekście swoje usprawiedliwienie. Ta książka to po prostu literackie kimchi. Spora porcja odwagi i poczucia humoru, nieco talentu, kilka spostrzeżeń, szczypta wiedzy, trochę błędów i: voilà (dla - aż - trójki korektorów z Kwiatów Orientu niestety: v’oila*) oto książka Leny Świadek. Przepis i sposób przygotowania trochę ryzykowny i niestety mimo tego, iż mocno kibicowałam w trakcie czytania – nie obronił się.

Ale zacznijmy od początku. Lena Świadek absolwentka anglistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim w 2004 roku wyruszyła „za chlebem” w podroż ku nieznanemu. Ze zderzenia z tym nieznanym powstała niniejsza pozycja. Autorka nie jest koreofilką, która jedzie złożyć pokłon swoim wyobrażeniom i tęsknotom, lecz osobą która od tak, trafia w sam środek zupełnie innego świata. Świat ten momentami ją przeraża, chwilami dziwi, przyciąga lub odpycha. Zostaje porażona nowymi smakami, barwami, zapachami, które powoli oswaja. Jej ciekawość pokonuje oszołomienie, każe jej odważnie sięgać po więcej i dalej. Chłonie Koreę wszystkimi zmysłami. Ma okazję przeżyć coś niezwykłego i korzysta z tego, mimo nieznajomości języka, świetnie sobie radzi. Poznaje obyczaje, kulturę i historię.

Jej stosunek do Koreańczyków nie jest bałwochwalczy. To, że darzy ich sympatią i nas nią zaraża, jest spowodowane tym, że naprawdę dadzą się lubić (przynajmniej ci, których spotkała - ciężko bowiem oceniać naród na podstawie wycinka). Ona, dzikuska Europejka, udająca Amerykankę, zagubiona w Wielkiej Wiosce na końcu świata, zostaje ciepło i serdecznie przyjęta, uchodzą jej nawet różne gafy i brak wyczucia. Nie przytępia to jednak jej zmysłu obserwacji. Dostrzega nie tylko to, co pozytywne: Koreańczycy są otwarci, serdeczni, pogodni i uczciwi (zostawiony portfel zaczeka na nas bez zmiany miejsca), w wolnych chwilach chętnie dbają o swoje ciała w łaźniach i siłowniach, które znajdują się w każdym parku i są ogólnodostępne, darzą szacunkiem starszych, szanują również wspólną własność (rozboje i wandalizm to rzadkość, sprzątają nawet po swoich psach!), ale również to co niepokojące i przykre: społeczeństwo koreańskie jest niestety rasistowskie, mocno zhierarchizowane (pewnych granic przekraczać nie wolno) i patriarchalne (kobiety zasługują na nikły szacunek, dostają o wiele mniejsze wynagrodzenie, a ich przyszłość nie zależy od nich samych, ale od grubości portfela przyszłego męża i jego hojności), pracoholizm jest narodową religią. Podrzuca nam również garść ciekawostek: w kawiarni cukier podaje się w płynie, Koreańczycy nie słyszą pewnych dźwięków, dlatego tak trudno im się nauczyć obcych języków, są mistrzami w spaniu na stojąco (głównie w środkach transportu), a mężczyźni mają uroczy sposób na podrywanie obcych kobiet – wręczają im karteczki ze swoim numerem telefonu. Wiele do treści wnoszą spostrzeżenia dokonane przez pryzmat Polski. Autorka niejednokrotnie porównuje oba kraje: ukazując to co je różni i łączy. Podobieństwo kimchi i naszej swojskiej kiszonej kapusty jest zbyt duże, by je ignorować.
Bardzo wyraźne jest rozdwojenie Leny: z jednej strony tęsknota za krajem z drugiej chęć odcięcia się od niego. Jednak po trzech latach pobytu na obczyźnie miłość do ojczyzny i kiszonych ogórków (!) zwycięża i skłania ją do powrotu.

Podoba mi się taka Korea, jaką „wyczytałam”. Przestała być obca, dzika i niedostępna. Obserwacja codziennego życia, która została w treści przedstawiona, pozbawiona jest nieszczerego uśmiechu, pozowanego na wakacyjnych pocztówkach. To surowe odpryski rzeczywistości, a nie jej uszlachetnione oblicze.

Ta książka to zapis spostrzeżeń, bardzo subiektywnych odczuć, które zostały ujęte w anegdotach. Im bliżej końca tym są one jednak krótsze. Niektóre stanowią wręcz pojedyncze zdania, ni to aforyzmy, ni to jakieś poetyckie wersy, których sens i cel nie zawsze jest jasny dla kogoś poza autorką. Pani Świadek określa je mianem „Perełek” (Prawdziwe „Perełki”, to zasadzone i przyczajone gdzieniegdzie w tekście „byczki”. Kto ma ochotę je wytropić - miłej zabawy.).

Aforyzmy i anegdoty, to orientalne impresje podróżnika, taki zlepek wrażeń. Lena Świadek, to najwyraźniej wrażliwa osoba, która w pojedynczych obrazach zapisała swoje emocje i słowa, a te stały się jej kluczami do wybranych wspomnień. I dlatego styl książki jest nierówny: mamy fragmenty poetyckie i klarowne, zdawkowe, reportażowe. Tutaj szczegółowa relacja z rozmowy, a obok refleksje o przemijaniu. Może i nie byłoby w tym nic złego, gdyby przejścia od jednego do drugiego były płynne. Niestety, to co trzymamy w rękach to zbiór luźnych notatek, które mogłyby stanowić podstawę do napisania intrygującej książki. Zamiast tego powstał jakby blog z wakacji na papierze, za którego powstanie autorka dziękuje 21(!) osobom. Nie wiem czy jest się naprawdę czym chwalić, biorąc po uwagę liche gabaryty tej pozycji. Poza tym, po trzech latach pobytu w egzotycznym, obcym kraju nazbierało się materiału na jakieś 80 stron ze zdjęciami? Przy czym część zdjęć jest autorstwa Anny Skawińskiej a kilka zostało pobranych z wikipedii. Zdjęcia wykonane przez autorkę na szczęście nie są specjalnie pozowane ani pompatyczne -lecz zwyczajne, co pozwala podkreślić klimat codzienności, w jakim obracała się autorka oraz wspomóc wyobraźnię czytelnika. Najbardziej podobają mi się fotografie przedstawiające Koreański Zespół Polskiego Tańca Ludowego – grupę młodzieży o bardzo egzotycznych rysach, odpowiednio ucharakteryzowanych na Polaków i ubranych w krakowskie stroje.

Lena Świadek ma w sobie wiele optymizmu i dobrego samopoczucia, które emanuje z kart książki. Niestety do znudzenia autorka przypomina nam, jaka to nie jest urodziwa albo raczej: jak na jej urodę reagują tubylcy. W kółko i ze szczegółami, co jest irytujące – szkoda miejsca w tej małej książce. Egzotyka zazwyczaj przyciąga, intryguje i nie ma co z tego powodu obrastać w piórka, a tym bardziej zamęczać tym czytelnika. To trochę płytkie. … Acha! I zapamiętajmy, to nad wyraz ważna informacja, że Pani Świadek do psychologów nie chodzi, była raz u jednego i oczywiście się w niej biedak zakochał. To książka o Korei, czy o Pani Świadek? Wolałabym poczytać o kanonach urody Koreanek i Koreańczyków (skoro o urodzie już być musi) niż o tym, jakie piorunujące wrażenie robi autorka, która nie pokusiła się nawet o wyjaśnienie, dlaczego Korea Południowa to „kraj spokojnego poranka”.

W tej pozycji wyraźnie widoczne są ślady, które stawiając pierwsze kroki wydawnicze, zostawiły osoby zaangażowane w projekt. Jest wiele serca, ale niedoróbki powodują, że książka wydaje się być edytowana po macoszemu. Zbyt wąskie marginesy i zbyt drobna czcionka, jakby próbowano zaoszczędzić na papierze kredowym (którego użycie jest niewątpliwym plusem) męczą. Wspomniane już niedomagania korektorskie: o co chodzi z tymi kropkami po liczebnikach nieporządkowych**, np. w 40. milionowym państwie?! Cel zamieszczania zarazem angielskiej wersji i polskiego tłumaczenia konwersacji również pozostaje dla mnie tajemnicą. Informacje na końcu książki dodane przez Kwiaty są boleśnie encyklopedyczne. Także rozdział „Warto zobaczyć”, którego autorką jest Anna Sawińska, straszy „odniechceniem”: to zwykły katalog zabytków przy którym można się zdrzemnąć. Od ludzi, którzy próbują krzewić kulturę koreańską w Polsce „mimo wielu przeciwności” oczekiwałam więcej. Nie sądzę aby problemem był brak zaangażowania lecz wsparcia osoby, która podzieliłaby się doświadczeniem. Więc mimo wszystko powinnam pogratulować młodemu wydawnictwu ("młodym" w 2008 roku, czyli roku wydania książki) samozaparcia i koniec końców efektu.

Jeżeli ktoś planuje wyjazd do Korei Południowej niniejsza książka lekturą obowiązkową nie jest. Może jednak stać się miłym uzupełnieniem, dodatkiem, czymś niezobowiązującym do poczytania przed snem. Gabarytowo niewielka, konkretnymi informacjami nie przytłacza: jest trochę o zwyczajach, trochę o polityce, trochę o historii - jedynie zarysy.

Lektura ta miała rzucić urok na czytelnika, autorka najwyraźniej pomyliła zaklęcia. Zaproszenie na kimchi jednak przyjmuję bezkrytycznie i z ogromną ciekawością. Myślę, że w najbliższym czasie skuszę się na mały eksperyment kulinarny w domowych pieleszach.

Czytliwość: 36
Wydanie: 3/6
Okładka: 3/6
Ogólnie: 3/6

Autor: Lena Świadek
Tytuł: Zaproszenie na kimchi
Wydawnictwo: Kwiaty Orientu
Rok wydania: 2008
Wydanie: I
Okładka: miękka
Ilość stron: 96
Cena z okładki: 29,90 zł

Fragment:
Koreańczycy uwielbiają psy i wydają majątek na swoje pociechy. Sklepy z fikuśnymi ubraniami i gadżetami dla czworonogich pupili wyrastają jak grzyby po deszczu. Niektóre organizują nawet pokazy mody z udziałem psich gwiazd odzianych np. w stroje Batmana czy Spidermana. Psie pociechy, podobnie jak ich panie, chadzają do fryzjera, gdzie się je nie tylko strzyże, ale również farbuje. W tym sezonie królują żółte i różowe uszy i ogony.

Miłość do szczekających ulubieńców jest dość nietypowa w kraju, gdzie psy stanowią tradycyjną potrawę narodową. Jadają je głównie mężczyźni w nadziei na wzmocnienie tężyzny i szeroko rozumianej męskości, jednak popularność tego przysmaku maleje z roku na rok. Psy na „posintang”, jak zwie się psi przysmak, są duże i tłuściutkie, natomiast szczęśliwcy z różowymi ogonkami są na ogół maleńcy.

*
z fran. voilà - oto, to jest, to wszystko, otóż to!, proszę bardzo!

**Zasady pisowni i interpunkcji:
Po cyfrach arabskich oznaczających liczebniki porządkowe stawiamy kropki, np. na 10. (= dziesiątym) piętrze; w 3. (= trzeciej) osobie, po raz 7. (= siódmy).
Kropka po liczebniku może zostać opuszczona, jeśli z kontekstu jednoznacznie wynika, że użyty został liczebnik porządkowy, np. Chodzę do 8 klasy.

Po cyfrze oznaczającej datę nie daje się kropki, gdy nazwa miesiąca została zapisana słownie: 7 kwietnia, 17 maja (nie: 7. kwietnia, 17. maja).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...