17 sierpnia 2014

O człowieku, który nie patrzył w niebo

Niebo lało, spływało na ziemię, czym tylko mogło. Zachowywało się tak, jakby chciało zatopić jego upór, zamieniając powierzchnię miasta w wilgotne zwierciadło. Zmusić go, by w nie spojrzał i zapomniał o tym, co zrobiło. Jego dusza była jednak, jak wyschnięta studnia: przedrążona, pusta i szorstka. Nie wzruszały jej te starania.

Właściwie to chciał tylko stąd wyjechać, z tego zapyziałego górskiego sanatorium. Nic dziwnego skoro tutaj nic mu nie pomogło. Na tym nieformalnym końcu świata, na krawędzi tego beznadziejnego NICZEGO, dał się wydrążyć i wyżąć jeszcze bardziej. Nie pożegnawszy się z nikim, wymknął się z budynku i prężnym krokiem zmierzał w stronę dworca kolejowego. Sunąc pośród atakujących go kropel deszczu, ostatni raz mijał miejsca, które z sekundy na sekundę stawały się przeszłością, milknącym echem minionych dni. W nocy, w strugach deszczu, miasto stawało się obce, jak dziwna przestrzeń nieznanego wymiaru…  Jego uwagę przykuła brama ZOO, zamkniętego na czas tej niemożliwej do wygrania –  bo toczonej z żywiołem – wojny, przypominała tandetną, kiczowatą  makietę, którą widywał nader często, bywając w Teatrze Marionetek. Chodził tam dla niej - cyrkowej nędznicy, tej modelki uszu - do czasu aż ta tchórzliwie nie uciekła przed przeznaczeniem. To wtedy wszystko się zmieniło, to wtedy zapadł się w sobie, gdy zobaczył ją w ramionach błękitu... Drgnął i odgonił od siebie wdzierające się nachalnie wspomnienie. Chwiejąc się przyśpieszył kroku, jakby chciał uciec przed napierającą na niego niewidzialną siłą. Wiedział, że to kwestia czasu, wody w końcu będzie tak wiele, że nie pomoże mu już opuszczony wzrok, patrząc pod stopy zobaczy to czego nie chce: odbicie nieba, które wtargnie w jego umęczoną duszę i każe mu zapomnieć. Jak kazało jej…

Echo odbijające się od murów pobliskich kamienic, wypełniło się cieniem jęku, gdy prawie potknął się o kupkę przemoczonej sierści. Mały kot, na oko sama skóra i kości, najwyraźniej nie mający już sił, by wygrzebać się z zalanej asfaltowej dziury, wpatrywał się w niego. Przewiercał go namacalnym wręcz spojrzeniem swoich przypominającymi dwa, maleńkie, błyszczące księżyce ślepków. Wstrzymał oddech, te oczy! - JEJ oczy, JEJ szkliste księżyce. „Zaginiony kot, zaginiony ja i ona – wszyscy w tym powykręcanym labiryncie światów” – pomyślał z lękiem. Niewiele myśląc, złapał malucha i uniósł na wysokość swojej twarzy. Łapki futrzaka zwisały bezładnie, ale z gardła wydobyło się urażone fuknięcie. Zrozumiał. Nie bawiąc się w otrzepywanie nieszczęśnika z wody, delikatnie upchnął go pod kurtką. Poczuł, falę wilgoci, ciepła i pewności. Dumnie zadarł głowę do góry i wyszeptał: „Nie zapomnę”.

I potem już nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...