16 sierpnia 2014

„Gdyby twoja pochwa umiała mówić, co by powiedziała?” /Monologi waginy – Eve Ensler/

…dotyka sama siebie i sama w sobie, bez potrzeby pośrednictwa, uprzedzając wszelki podział na aktywność i bierność. Kobieta „dotyka siebie” cały czas, czego zresztą nie można jej zakazać, bo jej płeć składa się z dwóch warg, które stale się całują. Jest zatem w sobie już dwiema – nierozdzielnymi przecież na jednostki – które się nawzajem pobudzają. /Lucy Irigaray/

Pierwszy raz czytałam tę książkę w 2005 roku. Z perspektywy czasu z przykrością stwierdzam, że wtedy, nie pojęłam jej głębi. Nie rozumiałam jeszcze swojej seksualności i nie miałam na koncie pewnych doświadczeń. Za kolejne dziesięć lat, pewnie znów zobaczę w niej coś innego. A dziś uczepiłam się myśli, iż nie żałuję, że myślę - raczej żałuję, że nie myślę o tej części siebie, która stanowi mnie, jako kobietę.


To, co kojarzy nam się z literaturą kobiecą (jeśli w ogóle te rozróżnienie jest słuszne, jak dla mnie to zabieg czysto komercyjny), to głównie obyczajówki, romanse, no i czasami jakiś kryminał. Literatura feministyczna (tak, taki podział też istnieje) w tym kontekście jest prowokacyjna i skandalizująca. Dzieje się tak dlatego, że często staje się elementem literackiej gry, eksperymentu. Nie tylko tematycznie jest odważna. Często także w formie poszukuje nowych możliwości wypowiedzi (niepatriarchalnych). Ja tę inność lubię - krzyk jest potrzebny by zwrócić uwagę, by ludzie spojrzeli w stronę, gdzie coś się dzieje. Monologi waginy Eve Ensler nie są jednak książką o emancypacji, nie są  tylko hymnem jakiegoś „ruchu”. W tej książce autorka wraziła swój sprzeciw wobec przemocy stosowanej wobec kobiet, której one same często nie są nawet świadome! Te teksty mają pomóc obudzić samoświadomość, oswoić ją, tą zabitą kulturowo część nas. Jest łatwiej, ale mimo tego, że mamy XXI wiek to nadal: nie wpada, nie ma na odpowiednim poziomie edukacji, to krępujące, to brzydkie! Wynika z tego tyle, że mimo całej swobody seksualnej jaką mamy i tak naprawdę nadal z sobą nie rozmawiamy.

No właśnie, czy nasze pokolenie ma się lepiej niż pokolenie naszych mam i babek? Czy nie stało się tylko to, że jesteśmy bardziej „dostępne”, ale wcale nie bardziej świadome? Zachłyśnięcie się swobodą, to droga donikąd. Bo absolutna swoboda, to także wolność od swobody, więc suma summarum - jej brak… Pamiętajmy o tym, bo nadal łatwo o etykietkę świętej lub dziwki, albo świętej dziwki – ha! A jakoś nam te szufladkowanie nie służy. Potrzeba nam mądrego podejścia, bo i „waginie należy się święto”.

No właśnie: wagina, pochwa, srom – grrr. Nie napiszę nic odkrywczego o tym, że brakuje nam słów, określeń. Albo poruszamy się w strefie wulgarnej dosadności, albo medycznej precyzji, i nic poza tym. Trudno jest oddać głos temu, czemu brakuje nazwy – tożsamość więc ma zaburzoną i wycofaną. Jest, jak czytamy w jednym z tekstów, jak piwnica: straszna, wilgotna, ciemna. Kto lubi dobrowolnie schodzić do takiego miejsca? Nie na darmo w horrorach, tam gnieżdżą się potwory. No właśnie – efekt lęków i zahamowań. Co autorka próbuje zrobić, a co wydaje mi się praktycznie niewykonalne - nie wyobrażam sobie, że bez zażenowania rzucamy owym słowem na prawo i lewo - jest wskrzeszenie zdewaluowanego określenia: cipa. Indoeuropejskie cunt pochodzi od Kunda lub Cunti, czyli tytułu nadawanego bogini Kali. Może w pewnych środowiskach się przyjmie, wiele wody jednak upłynie nim wejdzie w „nowym odzieniu” do uzusu. Z tekstów wynika jasno potrzeba nadania sobie imienia, które się polubi, bez skrępowania. Potraficie?

Kolejne z czym mierzymy się od dawna jest „łechtaczka”. Tak wiele kobiet nie wie o jej istnieniu, że jest to przerażające. Kobietki, macie w jednym punkcie 8000 włókien nerwowych! Dwukrotnie więcej niż mężczyzna w prąciu. Więc, jak to być może? To musi być siedlisko zła (w 1593 roku określone „szatańskim cyckiem”). Poza tym biorąc pod uwagę, że jest to jedyny organ stworzony tylko po to by dawać przyjemność, dokonuje się na nim aktów przemocy. Gdyby takiego samego obrzezania – jak śmie się nazywać pewien proceder – dokonywano u mężczyzn, to tracili by wszystko, nie tylko kawałek skóry. Ale, jak pisze Glorii Steinem: władza nad siłą kobiety, to cel kultury patriarchalnej. Więc nie ma się co dziwić…

I pomyśleć, że kultura hinduska nadal żywi szacunek wobec symboliki Klejnotu w Lotosie, czyli lingi-w-joni (lingi symbol męski, joni – żeński). Tutaj nikt nie chce zaprzeczyć istnieniu kobiecej energii seksualnej, lub zepchnąć jej źródła ku knowaniom szatana. Buddyzm tantryczny nadal naucza, że w kobiecym sromie mieszka buddyjskość. A religie monoteistyczne? Zdecydowanie się w tej kwestii pogubiły. Chociaż jeśli spojrzeć wstecz, to to, co dziś traktują jako herezję, kiedyś było elementem także ich kultu.

Kwint esencją Monologów waginy są przetworzone literacko, na użytek sceniczny, rozmowy. I dlatego Eve dokonała cudu. Postawiła na zwierzenia. Na prawdę płynącą z poranionych ust. Nieraz te zwierzenia są wstrząsające: o molestowaniu, gwałcie, okaleczeniu, ciszy, skrępowaniu, poczuciu winy, terrorze płynności i gładkości. Przerwanie milczenia było koniecznością. I tak powstał Dzień „W” – alternatywa dla Walentynek; warsztaty na których kobiety mogą zobaczyć, usłyszeć i poczuć wreszcie siebie, spektakle i wreszcie ta książka. Tak powstały pytania. A własne odpowiedzi na nie szokują bardziej niż same pytania, bo nie sądziłyśmy, że znamy TE odpowiedzi! Np. na pytanie:  Gdyby twoja pochwa się ubrała, to co by nosiła? Ja, jak z automatu wystrzeliłam, że czerwone szpilki… Dzięki odwadze i otwartości dramatopisarki Eve Ensler, kobiecość zrobiła milowy krok w przód. I nie zatrzymujmy się już.

W pierwszej części książki, podobało mi się to, że autorka przeprowadza nas przez wszystkie zmysły. Wagina nie tylko mówi, ale także widzi i czuje, pachnie. Tak jak my. Bo ona tak, jak my jest kobietą – żywą, czującą.

Druga część książki - swoisty zapis sukcesu autorki, achów i ochów nad Dniem „W” - już do mnie nie trafił. Opisy wzbudzanego społecznego poruszenia są o niczym. To poniekąd powtórzenie tego, co już przeczytaliśmy w przedmowie i we wstępie. Może książka byłaby zbyt „chuda” i trzeba było zadrukować więcej kartek? Efekt jest taki, że mało kto dotrwa do końca, zasypiając z nudów i myśląc o tym, że jest więcej, ciekawszych, związanych z ta tematyką pozycji na rynku. Czasami nie ma co przedobrzać.

Nie wiem, jakim cudem na okładce widziałam kwiat maku. Ciekawe, co Freud na to? Mak to przecież symbol snu i zapomnienia. Widziałam to, co odzwierciedlało mój stan umysłu przez dłuższy czas – bo spałam, oj spałam jak suseł. Dopiero teraz zauważyłam, że to jest anturium! Kwiat ten symbolizuje bezgraniczne uznanie i miłość (w książce: dla kobiecości, samej siebie itd.), a jego wyrazistość seksualna jest trudna do przeoczenia. Tym bardziej nie rozumiem swej czasowej ślepoty.

Pewnie wystawienie tego spektaklu swego czasu było terapią szokową. Czy dziś też nią jest? Dla mnie już nie. Teraz czytam tę książkę przez pryzmat konkretnego wydarzenia. Nie mogę oceniać jednak tylko poprzez siebie. Przecież do dziś wiele dziewcząt myśli, że można zabezpieczyć się szmatą nasączoną ropą, matki nie rozmawiają z córkami o miesiączkach, gwałtów dokonuje się nawet na dwulatkach, edukacja seksualna leży i kwiczy.  Myślę, więc, że jest jeszcze mnóstwo kręgów, w których książka może wywołać poruszenie, wypieki na twarzy, lekkie i nęcące zażenowanie. Są kręgi, które wezmą Monologi do rąk z oddechem ulgi i otwarcia, będą też takie, które zorganizują rytualne ogniska, by je spalić...

Czytliwość: do połowy 6/6 po połowie 2/6
Wydanie: 5/6
Okładka: 5/6
Ogólnie: 5/6

Autor: Eve Ensler
Tytuł: Monologi waginy
Tytuł oryginału: The Vagina Monologues
Tłumaczenie: Anna Kołyszko
Wydawnictwo: WAB, Albatros, A. Kuryłowicz
Rok wydania: 2003
Wydanie: I
Okładka: miękka
Ilość stron: 202
Cena z okładki: 24,90 zł

Fragment:

Wieczór w wieczór wysłuchiwałam podobnych opowieści – o kobietach zgwałconych w młodości, na studiach, w dzieciństwie, na starość, o kobietach bitych na śmierć, które wreszcie uciekły od mężów, o kobietach zbyt przerażonych, żeby uciec, o kobietach wykorzystywanych seksualnie przez ojczymów, braci, kuzynów, wujków, matki i ojców, zanim w ogóle zrozumiały, co to seks. Wpadałam w obłęd, jak gdyby otwarły się wrota podziemnego lochu, skąd wydobyły się historie, których nie powinnam była poznać, bo ich poznanie niesie zagrożenie.

Powoli dotarło do mnie, że nie ma nic ważniejszego niż położenie kresu przemocy wobec kobiet. Że bezczeszczenie kobiet urąga poszanowaniu i ochronie życia, a jeśli nie zaradzimy temu złu, doprowadzi nas ono wszystkich do zguby. Uważam, że nie przesadzam. Kiedy ktoś gwałci, bije, okalecza, pali, grzebie i terroryzuje kobiety, niszczy podstawową energię życia na Ziemi. Przymusza gwałtem, żeby coś, co powinno być otwarte, ufne, karmiące, twórcze i żywe, było skulone, bezpłodne, zmiażdżone. 



3 komentarze:

  1. A może należałoby przeczytać... Jakoś mnie nigdy do tej książki nie ciągnęło, choć nie mam problemu z seksualnością i z mówieniem o niej, po prostu na odległość pachnie mi poradnikiem umoralniającym ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Musi nim poniekąd być ze względu na wyznaczoną rolę - przynajmniej tak myślę. Szkoda, że idea reportażu przekutego na spektakl, w tym wydaniu, stała się reklamą w reklamie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie zastanawiałam się, co mówi moja wagina, ale dopóki nie jest nawiedzona, uznaję że jest dobrze :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...