31 maja 2014

Klątwa białego królika – ciąg dalszy /Alicja i lustro zombi – Gena Showalter/

Ostrzegam:  wszystko, co zarzucę tej powieści, dla fanów tego gatunku, może okazać się ogromnym plusem. Każdemu według potrzeb.

Tym razem się nie rozczarowałam, ponieważ wiedziałam już, że to nie jest żadna powieść grozy, tylko paranormal romance. Sięgałam po tę pozycję w pełni świadoma tego, co biorę do ręki. Chciałam odmiany, chciałam innej literatury, myślałam, że dam radę. Obiecałam sobie nie zważać na sztampę. Nie przymknęłam jednak na nią oka - bo śmiałam się do łez i chcę się tym śmiechem podzielić z Wami. Poza tym owszem, ten gatunek rządzi się swoimi prawami, nie oznacza to jednak, że można mu wszystko wybaczać. Pewnych kwestii nie mogę przemilczeć.

W recenzji do pierwszej części miałam kilka pytań. W tym tomie uzyskałam na nie odpowiedzi, co mnie usatysfakcjonowało. Może więcej osób miało to same wątpliwości i przekazało je autorce: Czy zombi wypełzają tylko w jednym miejscu? Czy są inne walczące grupy? Otóż okazuje się, że zło w tej formie czai się wszędzie, a przeciwko niemu działa cała sieć „zabójców”. I tak! Poprzednio trafiłam: Kat to Kot, a Cole to Kapelusznik. Rozwijając ten motyw: bliźniaki z powieści Carrolla, to może  nasza główna bohaterka i jej nowa (nie)przyjaciółka? Z klasycznym pierwowzorem wspólna jest jeszcze tylko królicza chmura i tatuaż, nory nadal nie stwierdzono.

Jeśli ktoś nie czytał pierwszej części, spokojnie połapie się w drugiej. Autorka o to zadbała streszczając wymownie, dokładnie to i owo. Nawet dla osób, które czytały pierwszą część dawno temu – przypomnienie się przydaje. W pierwszym tomie zawartych było sporo informacji czym są zombi i jak się je je, więcej teorii dotyczących wyjaśnień fenomenu tego nadnaturalnego zjawiska. W tej części dostajemy ochłapy – właśnie w ramach przypomnienia -, motywu autorka nie rozwija, bo oś utworu, to wiadomo co – romans i po co więcej?

Pamiętacie o, co miało chodzić w tej książce? O odwieczną walkę dobra ze złem. Tym razem zło, to hordy „bezcielesnych zombi”, można je pokonać tylko duchowym ogniem, którego używa się po wyjściu duchem ze swojego ciała (a Harrego Pottera, to kościół chciał zakazać…). Po stronie dobra walczą wybrani, czyli jak zwykle bywa: mający dar, waleczni i wspaniali. Trzeba bardzo uważać, bo martwi przyjaciele stają się martwymi nieprzyjaciółmi. W tym tomie Showalter oszczędziła nam takich traumatycznych przeżyć. Odpuściła sobie właściwie wszystko poza Cole’m i Alicją, przetykanymi Kat i Szronem, Reeve i Bronxem – tak dla równowagi. Nie stworzyła szerokiego spektrum dla akcji. Miejsca niby się zmieniają, ale nie są charakterystyczne. Niby jest jakaś szkoła, do której trzeba chodzić, jakaś rzeczywistość wokoło i zmieniają się pory roku, święta. Poboczne postacie są tylko wypełniaczami akcji – i tym razem również ich charakterystyka jest schematyczna i powierzchowna. Nie ulega wątpliwości: są potrzebni, żeby ktoś coś od czasu do czasu powiedział i żeby czytelnik nie myślał, że już nastąpiła apokalipsa i nie ma innych, poza główną parą, ludzi na plancie. Bohaterowie niby rzucają się z punktu do punktu, niby toczą jakieś walki – każda następna jest podobna do poprzedniej. Nadużywanie deus ex machina, powoduje, że nie odczuwamy lęku ani napięcia. Zawsze nadejdzie pomoc znikąd w ostatniej chwili, gdy sytuacja jest już tak beznadziejna, że bardziej być nie może. To wszystko sklejone zostało naciąganymi do bólu incydentami z wizjami i Gavinem – no może znajdzie się ktoś, kto będzie miał wątpliwości, jak to się skończy. Główna intryga kuleje, nie ma w niej serca. Serce autorki pozostało przy sutku Cole'a, który przebiła kolczykiem…


Nie chciałam pisać o bolesnej schematyczności tej historii miłosnej: schodźmy się i rozstajemy, ale jak już jesteśmy szczęśliwi, to się rozstańmy oraz miłosny wielobok.  Nie mogę jednak. Edward ze Zmierzchu też rzucał Belli głodne kawałki, ale on przynajmniej miał ileś set lat i doświadczenie życiowe. Cole ma ich 17 - TYLKO!! – to dziecko jeszcze. A mówi i wygląda, jakby miał tak – no żebym nie przesadziła - minimum 25, 30, 35? To zabawne. Tak wiem, Cole to męski ideał: bezwzględny morderca, który zawsze obroni i zniszczy każdego, kto krzywo spojrzy na jego wybrankę, „bad boy” i brutal, ale dla niej, dla tej jedynej – misio przytulasek i pantofel. Cole jest tak cudowny, że kolejka do niego przypomina taką z czasów PRL-u, gdy rzucili papier toaletowy. Może to ma podkreślić jego wyjątkowość, i tym samym wyjątkowość Alicji? Ale tylko śmieszy, no przynajmniej mnie. Chłopak ma naście lat, a robi się z niego Don Juana, który – niech mu będzie, bzyka sobie, co popadnie, ale - wypowiada się o związkach! Co ten chłopak może o tym wiedzieć?! Ale pomijając i to - do jego repertuaru należy: macanie Alicji po włosach, przyciskanie jej – jak to autorka komicznie ujmuje – „twardością” do różnych drzwi, ścian i innych powierzchni, także poziomych itd., co chwilę się na biedaczkę zwala i ją przygniata – swoją „twardością” (rany, pieję ze śmiechu), co rusz „krzywiąc się gniewnie” rzuca lodowate spojrzenia, zabójcze spojrzenia, mordercze spojrzenia i zamraża wszystkich „spojrzeniem zmrużonych oczu”: itd.; no i nie wiem, co oni z tym mają, ale się ciągle wąchają.. w kółko to samo. Pisarka stara się w to wszystko wpleść przekaz, że nie wygląd i sex jest najważniejszy, ale z treści wynika coś zupełnie odwrotnego - szkoda.

Do bestów Cole’a należą: „Nie wyrzekaj się mnie, tak jak ja wyrzekłem się ciebie. Wynagrodzę ci to w jakiś sposób.” – rusza Was to?; „Uciekałem przed związkami. Teraz potrafię wytrwać. Wiem o tym.” – no tak, jak się ma siedemnaście lat, to kocha się całym sobą, nawet otoczeniem ze stodołą włącznie i się jest nawet tego pewnym…; „Jestem w tym dobry”  - co za skromność!; „ Nie mam kondoma”  - po ponad czterystu stronach przygotowań - fest romantyczne i jakby porażka. I przez wspomniane 442 strony - ciągłe jojczenie nad pierwszym razem. Rany już miałam ochotę krzyczeć, zróbcie to i dajcie spokój, niech ta akcja posunie się do przodu, niech się w końcu coś wydarzy… W sumie jednak akcja jest: główna bohaterka ledwie stawia opór i to nie chodzi o zombi, jeśli się jeszcze łudzicie. W każdym razie ciężko jej utrzymać nogi razem i właściwie o tym jest tom drugi. Poza tym dwoje napalonych nastolatków, którzy wreszcie są razem i decydują się na TEN krok, pod koniec książki prowadzi dyskusję nie mającą końca, a'la spowiedź dziecięcia wieku… Nie mam żadnej nastolatki w okolicy, żeby się jej zapytać, jak reaguje na te momenty w powieści.

Bohaterka po tylu obrażeniach powinna wyglądać, jak narzeczona Frankensteina. Pokiereszowana, pocięta, pobita, skatowana - w skrócie: wciąż ranna. Poza tym, ta dziewczyna przez większość książki jest nieprzytomna!! Przy okazji jej dysfunkcji, znów mamy do czynienia z oklepanym motywem Kopciuszka, w którym książę się zakochał bez pamięci (ale nie zapamiętał, jak wybranka wygląda i szuka jej po bucie - klasyk) i gotów jest poświęcić wszystko dla miłości. Powtórzę swoją wątpliwość: ile znaczy dziewczyna bez chłopaka? Dlaczego MUSI być adorowana, ratowana, nawet, gdy niby radzi sobie sama? Jak to skwitował Steven King, mówiąc o Zmierzchu: to książka o tym, jak dobrze mieć chłopaka. Tutaj podobnie. Wszystko, co się dzieje, jest tylko tłem dla głównej osi utworu, czyli LOFFFFE.

Emocje jak dla mnie, podobnie jak w pierwszej części, wymuszane i ckliwe. Z roku na rok jestem coraz bardziej cyniczna, więc się chyba nie powinnam wypowiadać. Do połowy książki podziwiałam autorkę za brak syndromu drugiego tomu. Potem pojawiły się dłużyzny, przeciąganie akcji.  Od połowy to równia pochyła i przepychanki: „kocham cię”, „nie, ja ci nie wybaczę i nie będziemy razem” – przyciągnie, odpychanie - co za dużo to nie zdrowo. Jeżeli chodzi o biedne zombi, to sobie gdzieś tam chodzą od czasu do czasu i tyle. Nawet mi ich trochę szkoda, nie przydzielono im większej roli. Za to na koniec, znów uraczono nas spektakularną akcją w Animie (czyli moi źli-dobrzy z pierwszej recenzji), potem drugim „bum” i przesłodkim happy endem - przeciągniętym niemożliwie…

Pojawiają się też pewnie nielogiczności np. „Rany, zżera mnie zła siostra-zombi-bliźniaczka, ale w sumie to nie chce mi się o tym myśleć, pójdę poplotkować z koleżankami, może ich nie zabiję przez przypadek, jak przejmie nade mną kontrolę”; „Przemówiło do mnie odbicie z lustra, ok, to pójdę zjeść obwarzanka”. I jeszcze jedno mnie uderzyło: w sumie Alicja żywi się tymi tylko obwarzankami, ale jak ją zamknęli w klatce i dali kromkę na dzień, to się buntowała, że ją głodzą…

Są też momenty przebłysków, tekst przez chwile jest o czymś innym - co jest wartościowe. Alicja zapada się, refrenem jej życia staje się słowo: zmiana. Miewa ataki paniki, co jest zupełnie zrozumiałe, zważywszy na sytuację, w której się znalazła - walczy z sobą na wielu płaszczyznach. Podobało mi się zawarte w tekście podsumowanie myślenia życzeniowego: Wiesz, dokąd cię zaprowadzi myślenie życzeniowe? Na bezkresne pustkowie  - nie znalazłam autora tego zdania, więc chyba Gena wymyśliła je sama - oraz wspomnienie powszechnie znanej przypowieści o dwóch wilkach. Do gustu przypadł mi również motyw przywiązywania martwym zwierzakom na poboczach baloników, celem tego działania było unaocznienie kierowcom problemu (szkoda, że zajęło to jeden akapit i nic więcej autorka z tym nie zrobiła). Mimo malizny - ogromny plus za tę drobnostkę. Pisarka świetnie oddała huśtawkę nastrojów zakochanej nastolatki – to najbardziej wiarygodny element powieści. W połowie książki staje się to już jednak nie do zniesienia. Nadmiar przygniata: wyolbrzymione przeszkody, tajemnice, sztuczność - istna telenowela. Gena Showalter stara się nas nawet rozśmieszyć, przerobiła kawały o Chucku Norrisie na kawały o Alicji, ale bądźmy szczerzy – śmieszniejsza jest sama fabuła, niż - jak to mówi młodzież - suchary.

Obrzydziłam wam? A jeśli powiem, że się nawet dobrze się przy tej książce bawiłam – uwierzycie? Powinniście. Ta dwoistość jest fenomenalna. Nie przedstawia to większej wartości, jest powierzchowne, a nieźle smakuje. Chyba jak cała popkultura. Gena Showalter świetnie pisze, genialnie buduje napięcie, zaskakuje nas żonglując wątkami. Mimo wszystkich minusów, jakie znajduję w fabule i bohaterach, pochłaniałam tę książkę w przyśpieszonym tempie. Gdy masz już dość przytłaczającego zewnętrznego świata, to rewelacyjny odmóżdżacz. Co ważniejsze: można  się pośmiać, nawet jeśli nie było celem pisarki, by nas rozbawić.

W tym wydaniu zmniejszono marginesy (w pierwszym tomie, literki goniły się po ogromnej białej przestrzeni), odstępy między wersami pozostawiono nadal przyjazne oczom. Raczej nie wpadły mi w oko jakieś szczególne błędy, poza stylem, który może nie kuleje, ale odrąbało mu nogi – nie wiem jednak, czy to nie wina tłumaczenia. Okładka podobna do poprzedniej – ale nie dałam się jej już jednak złapać na obietnicę mroku, którego w treści nie ma. Blurb też nie robi już na mnie wrażenia. 

Jeśli w trzecim tomie znów się będą schodzić i rozchodzić, to już będzie strasznie nudne. Chyba, że  Alicja urodzi dziecko zombi, śladem Belli ze Zmierzchu i będą żyli długo i szczęśliwie…. Autorka poszła za bardzo w ten romans, napisałaby lepszą książkę równoważąc elementy. Nie wiem, jak wybrnie w następnej części z tego impasu. Mam nadzieję, że nastąpi sensowne ożywienie.

Podsumowując znów napiszę: Znam i akceptuję ograniczenia gatunku. Nie brakuje mi więc w treści chlapiącej wkoło krwi i scen mrożących krew w żyłach. Zabrakło mi nostalgii nadchodzącej z mgłą, nuty wilgotnego rozkładu w powietrzu, melancholii próchniejącej leśnej ściółki…mroku. Czegoś głębszego pod powierzchnią tego, co po prostu się sprzedaje, bo ocieka seksem.


Czytliwość: 6/6
Wydanie:4/6
Okładka: 4/6
Ogólnie: 2,5/6
Autor: Gena Showalter
Tłumaczenie: Jan Kabat
Tytuł: Alicja i lustro zombi
Tytuł oryginalny: Alice Through the Zombie Glass
Wydawnictwo: Mira/Harlequin
Rok wydania: 2014
Okładka: miękka
Ilość stron: 444
Cena z okładki: 34,99zł


Recenzja pierwszego tomu "Alicja w krainie zombi": TUTAJ 

Fragment: 

Zombi skradają się nocą. Zapomnijcie o krwi i mózgach. One pragną ludzkich dusz. Niewiele mogą mi odebrać, skoro straciłam wszystko, co najcenniejsze: rodzinę i przyjaciół. Ale po kolejnym ataku zrozumiałam, że zawsze może być jeszcze gorzej. Nagle lustra wokół mnie ożyły, a ja zaczęłam słyszeć głosy umarłych. Mroczna siła popycha mnie ku złu, każe robić straszne rzeczy. Potrzebuję pomocy, by uciszyć ciemność, której pozwoliłam przemówić. Nie mogę się poddać…

6 komentarzy:

  1. He he, fajny wpis :) Ale chyba coraz bardziej upewniam się, że ta książka nie jest tym, czym myślałam, że będzie. No come on, znowu o "jedynym sensie życia dziewczyny, czyli chłopaku"?! Ja myślałam, że ta Alicja będzie biegała z nożem i ratowała świat, a tu takie porno dla nastolatek? I chyba za stara jestem, żeby wierzyć w 17-letniego specjalistę od związków, zwłaszcza, że zdarzają się dwukrotnie starsi mężczyźni, którzy mają problemy z podstawami w tej kwestii ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. W Twoim komentarzu znajduje się podsumowanie 442 stron :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba mogę darować sobie jej czytanie :D
      Tak nieco serio: trochę mnie przeraża popularność takiego typu bohaterki w powieściach dla nastolatek: głupiutka dziunia, której zwoje mózgowe się przegrzewają, kiedy ma zdecydować, kto podnieca ją bardziej (do tego sprowadza się temat miłości, ech...), bo to jej jedyny egzystencjalny dylemat. Czytałam ostatnio recenzję "Elity" i tam jest podobnie: główna bohaterka, bezwolna dziunia bez większych aspiracji, nie wie, którego chłopca bardziej woli (a obaj tacy ślićni) - i uwaga najlepsze - więc sypia ze wszystkimi ;) Komiczne i smutne jednocześnie zjawisko.

      Usuń
  3. Za ten fragment ( i wiele innych) "macanie Alicji po włosach, przyciskanie jej – jak to autorka komicznie ujmuje – „twardością” do różnych drzwi, ścian i innych powierzchni, także poziomych itd., co chwilę się na biedaczkę zwala i ją przygniata – swoją „twardością”" dziękuję Ci bardzo, rozświetliłas mi dzień ;) Pozwól, że sobie to na fb udostępnię ;) Jesteś moją mistrzynią i dzięki Tobie przeczytam tą książkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja chyba, jeśli chodzi o młodzieżówki zostanę przy Szymeczko. Chociaż z drugiej strony u niego trochę razi mnie znów nadmierna naiwność. Gdyby połączyli siły, może by co z tego wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://alicyawkrainieslow2.blogspot.com/2014/01/katowice-bogucice-wywrotka-kazimierz.html

      To powieść dla nastolatków o sile pasji, która może stać się życiem, o przyjaźni i uczciwości, a także o wszechobecnej ludzkiej znieczulicy i obojętności. O tych, którzy z pełną świadomością wybierają złą drogę i są z tego dumni. O tym, że dobrze się uczyć, to nie wstyd. O tym jak dogadać się z otoczeniem, znaleźć swoje miejsce w grupie, pierwszych zauroczeniach, niełatwych decyzjach i wyzwaniach.

      Trudno mi jest uwierzyć, że bohaterowie książki żyją w erze komputerów. Dobrowolnie uprawiają sport – nie w ramach promocji zdrowego trybu życia, ale z pasją. Skoro nastolatkowie XXI wieku są tak zaradni i „przytomni umysłowo”, to jest nadzieja, wbrew temu co próbują wyolbrzymiać i kreować media. Oby. Wiem, że to fikcja literacka, ale mimo to mam nadzieję… W każdym razie, to zawsze byłaby jakaś alternatywa dla galerianek.

      To moja pierwsza lektura z serii PLUS MINUS 16 i muszę przyznać, że nie rozczarowuje, mimo, iż jestem zwolenniczką – jeśli już lektury młodzieżowej – to fantasy i sci-fi. Zapomniałam już jak to jest być nastolatką i pewnie dlatego uważam, że ta pozycja „daje radę”. Ale co sądzi o tym kategoria wiekowa 14+ rozczytana w Greyu i podobnych „arcydziełach”? Trudno osądzić, czy granica wiekowa w tym przypadku nie została zawyżona i jest pobożnym życzeniem wydawnictwa. Książka dotrze raczej do współczesnych 10-12 latków.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...